niedziela, 28 września 2014

S.P.Y- Rozdział 5

Pozdrowienia z Luksemburga :D










Kyuhyun już od kilkunastu minut stał w bezruchu, wpatrując się w skupieniu w rząd broni wiszących przed nim na ścianie. Studiował w milczeniu każdą z nich, biorąc je po kolei do ręki, ważąc w dłoni i przywołując w pamięci sytuacje, w których sprawdzały się najlepiej. Doskonale pamiętał, który model był odpowiedniejszy w mieście, który w buszu, jaki wybrałby snajper, a jaki osoba działająca w terenie.
Przed oczyma przewijały mu się numery seryjne, długości luf, kalibry naboi. Liczby, liczby i jeszcze więcej liczb. Na przekór większości populacji pałającej szczerą nienawiścią do wszelkich nauk ścisłych z matematyką na czele, Kyuhyun czuł się pewniej widząc wykonane przez siebie obliczenia, pomagające rozwiązać niemal każdy problem. Dzięki temu wahał się o wiele rzadziej niż inni agenci.
Oczywiście, Cho zdawał sobie sprawę, że podczas akcji nie będzie miał czasu na wyciągnięcie kartki i ołówka oraz rozwiania swych wątpliwości za pomocą odpowiednio ułożonych równań, ale jego mózg był na tyle rozwinięty, że potrafił w miarę trafnie oszacować odległość, jaka dzieliła go od celu, czy też dystans, jaki musi przemierzyć by nie dać się zabić.
Tym razem nie chodziło jednak o uniknięcie śmierci, poważnego uszkodzenia ciała lub o zatrzymanie akcji serca wrogiego szpiega. W tamtym momencie Kyu chciał się jedynie skupić, przypomnieć sobie każdą broń z osobna, pragnął pozwolić zimnemu wyrachowaniu wlać się do swego serca i umysłu. Chciał w pełni stać się agentem 013, mężczyzną, który pomimo krótkiego stażu szybko stał się profesjonalistą w swym fachu.
Odetchnął głęboko, w jednej chwili stawiając gruby mur, oddzielający uczucia od rozsądku.
- Kyuhyun-ah…
Młody agent odwrócił się powoli, słysząc za sobą znajomy głos. Obdarzył intruza beznamiętnym spojrzeniem, po chwili powracając do obserwowania udostępnionego na strzelnicy uzbrojenia. Nagle zachciało mu się postrzelać.
- Dawno nie widziałem cię w koszuli, Kyuhyunnie. Do twarzy ci w niej.
013 milczał, rozważając wykorzystanie kalibru 15mm. Ten rodzaj wydawał się być odpowiedni do ćwiczeń.
- Wyglądasz dzisiaj naprawdę elegancko, Kyu.
- Może ja, w przeciwieństwie do ciebie – przerwał mu młodszy mężczyzna, biorąc do ręki średniej wielkości pistolet – lubię okazywać szefowi szacunek, ubierając się do pracy odpowiednio.
- Nie jestem odpowiednio ubrany?
- Bynajmniej. – prychnął Kyu, przeciągając spojrzeniem po sylwetce Jongwoona.
- Kiedyś podobał ci się mój styl – 004 uśmiechnął się lekko, zadowolony z faktu, iż w jakiś sposób zmusił Kyuhyuna, by na niego spojrzał
- Styl rodem z lumpeksu z lat siedemdziesiątych – odszczekał, zanim zdążył się powstrzymać. Potrząsnął głową i przeszedł do szafy, w której znajdowała się amunicja – I nie podobałeś mi się.
Jongwoon oparł się bokiem o ścianę i wbił wzrok w swego dongsaenga, ponownie się uśmiechając.
- Kłamiesz. – powiedział pewnym siebie tonem – Kłamiesz jak z nut, Kyuhyunnie. Za dobrze cię znam, żebyś mógł to przede mną ukryć.
Kyuhyun ponownie chciał mu odpyskować, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. Przecież przysiągł sobie, że nie pozwoli emocjom przejąć nad sobą kontroli. Nie da się wytrącić brunetowi z równowagi.
- Po co tu przyszedłeś? – spytał, wkładając magazynek ze ślepakami do broni
- Porozmawiać. – odparł Kim, podążając za młodszym agentem do jednego ze stanowisk strzelniczych.
- Nie wiem o czym mógłbym z tobą rozmawiać.
- Zignorowałeś mój liścik.
- Och, był od ciebie? Przepraszam, myślałem, że to jakiś śmieć, więc go wyrzuciłem – zakpił Kyuhyun, wkładając słuchawki. – Oczywiście wylądował w koszu na papier, trzeba dbać o środowisko.
Jongwoon zacisnął wargi w cienką linię, usiłując się uspokoić. Chwilę później roześmiał się cicho pod nosem.
- Zawsze taki byłeś, Kyuhyunnie. Prawie zapomniałem – starszy agent spojrzał na niego cieplej, jednak Kyu tego nie dostrzegł, wpatrzony w zbliżającą się ku niemu tarczę. – Co robiłeś, gdy mnie nie było?
Mógłbym cię zapytać o to samo, pomyślał Kyuhyun, jednak zamiast tego spytał:
- Przylazłeś tu na pogawędkę ze starym znajomym, Kim? Bo jeśli tak, to możesz już sobie stąd iść. Nie zamierzam z tobą dłużej rozmawiać.
004 westchnął ciężko. Odzwyczaił się od wszechobecnego w wypowiedziach młodszego sarkazmu, tak bardzo dla niego charakterystycznego. Trzy lata temu wielce go to bawiło, było wręcz powodem, dla którego Jongwoon się uśmiechał, a teraz… Teraz sprawiało mu to ból, wywoływało smutek, potęgowało wyrzuty sumienia, z którymi zmagał się przez te wszystkie lata.
- Tęskniłem – szepnął starszy agent.
Kyuhyun prawie się skrzywił, słysząc coś na kształt żalu w głosie szpiega. Prawie.
Stanął w lekkim rozkroku i skierował lufę pistoletu w kierunku tarczy. Trafi w sam środek. Wiedział, że trafi.
- A tobie?
- Co mi? – zmrużył oczy, koncentrując się na czerwonym punkcie w miejscu, gdzie znajdowałoby się serce.
- Brakowało ci mnie?
- Chciałbyś.
Jongwoon zamilknął na chwilę, lustrując wzrokiem pełną skupienia sylwetkę swego dongsaenga. Następnie powiedział cicho:
-Nie zbywaj mnie, Kyuhyunnie. Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, pamiętasz? Byliśmy…
- Zamknij się – warknął 013, nagłym strzałem zagłuszając cichutki, irytujący głosik z tyłu swojej głowy, z jakiegoś powodu pragnący wysłuchać Kima.

~ 7 lat wcześniej ~


Młody student opierał się plecami o ścianę i ze splecionymi na piersi rękoma obserwował kłócących się ze sobą przyjaciół. Na jego twarzy malowało się niedowierzanie i rozbawienie. Jeszcze kilka miesięcy temu, znalazłszy się w podobnej sytuacji, dyskretnie by się wycofał i zwiał gdzie pieprz rośnie, byleby nie być świadkiem podobnej dyskusji i nie brać udziału w tym, co stanie się później. Jednakże w tamtym momencie żałował jedynie, że nie wziął ze sobą popcornu. To, co właśnie oglądał, było lepsze niż wysokobudżetowa drama.
- Nie zgadzam się!
- Dlaczego?
- Bo nie!
- Odpowiedź godna opóźnionego w rozwoju sześcioletniego dziecka. Zaczynam wątpić w twoją inteligencję, Ryeo.
Ryeowook spojrzał z niedowierzaniem na swego hyunga.
- No wiesz co, hyung…! – nagle przeniósł wzrok na rozbawionego Kyu – Yah! Kyuhyun ma na ciebie zły wpływ!
Najmłodszy w towarzystwie uniósł brwi, udając wielce zaskoczonego.
- Że ja? – Kyuhyun położył sobie dłoń na piersi i drżącym głosem powiedział – Ja jestem aniołkiem, Ryeowook hyung, aniołkiem! Widzisz tę aureolę? – nakreślił palcem koło nad swoją głową – Widzisz?
- Aureolę…? Chyba podtrzymywaną przez diabelskie rogi.
- Uspokójcie się, obaj – uciął Jongwoon, wyraźnie znudzony przeciągającą się kłótnią – Robimy to, czy nie?
- Nie! – zaprotestował młodszy Kim
- Tchórzysz, Ryeowook? – zakpił najmłodszy, po czym zaśmiał się, widząc oburzony wzrok starszego kolegi.
Jongwoon uśmiechnął się pod nosem, obserwując podenerwowanego Wookiego i grającego mu na nerwach Kyuhyuna. Najstarszemu studentowi nie przeszkadzał złośliwy charakterek młodego Cho. Wręcz przeciwnie, z biegiem czasu czuł do niego coraz większą sympatię. Nowy uczeń sprawił, że jego życie stało się jakby… ciekawsze. Barwniejsze. Bardziej ekscytujące. Ryeowook był łagodny, spokojny, rzadko się denerwował. Kyu natomiast, pomimo bycia tym najmłodszym w ich świętej trójcy, nie bał się im odpyskować i często to robił.
- Dobra, wystarczy tych dyskusji. – zarządził najstarszy – Idziemy.
- Taak! – Kyuhyun potarł dłonie z satysfakcją.
Ryeo jęknął.
- No nie… Dajcie sobie spokój, chłopaki, proszę was.
- Zapomnij.
Dwaj przyszli agenci wywiadu ruszyli w stronę drzwi prowadzących do auli. Młodszy Kim, po chwili wahania, pobiegł za nimi.
- Niech wam będzie – poddał się – ale jak będą nam za to grozić wydaleniem z uczelni, to wszystkiego się wyprę!
Kyu zerknął przez ramię i uśmiechnął się do hyunga.
- Raczej nas nie wyleją za parę wiader budyniu pod drzwiami.
- Też tak myślę – zgodził się Jongwoon. – W końcu to nie pierwszy raz – chłopak zaśmiał się i przybił z młodszym przyjacielem piątkę.
Ryeowook stanął nagle jak wryty i z szokiem wpatrywał się w plecy towarzyszy, którzy nie słysząc za sobą jego kroków, odwrócili się i spojrzeli na niego pytająco.
- Co? – spytali jednocześnie.
- Powiedzcie mi jedną rzecz – rzekł powoli, jakby z obawy przed odpowiedzią na swoje pytanie – Od kiedy wy się tak dobrze dogadujecie, co?
Studenci zerknęli na siebie i naraz wzruszyli ramionami lekceważąco.
- A cholera wie. – skwitował Cho.
- Jakoś tak wyszło – dopowiedział starszy Kim, uśmiechając się tajemniczo.
Wookie jeszcze przez moment lustrował ich wzrokiem, niedowierzając temu, co usłyszał. Po chwili westchnął ciężko.
- Niech wam będzie. Chodźcie już rozlewać ten budyń.
Kilka godzin później na całym uniwersytecie rozległy się piski przestraszonych, ślizgających się na substancji o czekoladowym smaku dziewcząt i donośny śmiech obserwujących je, ukontentowanych tym widokiem mężczyzn.

* * *

Kyuhyun sięgnął do znajdującego się na blacie przycisku, wprawiając w ruch kolejną tarczę. Musiał się uspokoić, a obecność znienawidzonego hyunga mu w tym nie pomagała. Był skłonny twierdzić, że zdąży wystrzelić cały magazynek ślepych naboi, jeśli ten sobie zaraz nie pójdzie. Na to się, niestety, nie zapowiadało. 004 wyraźnie miał mu coś do powiedzenia, jednak najwidoczniej nie do końca wiedział, jak to zrobić.
Tarcza strzelnicza zbliżała się powoli w jego stronę. Agent ponownie wymierzył w nią lufą pistoletu, celując w sam środek. Zdawał sobie sprawę, że mógł strzelić dobre kilka sekund temu, jednak pragnął napawać się dotykiem broni w dłoniach, oczekiwaniem na cel. Oczyszczał wtedy umysł ze zbędnych myśli, wyciszał się. Stawał się głuchy na świat zewnętrzny.
No, może nie do końca.
- Przestań zachowywać się jak rozwydrzony bachor i wysłuchaj, co mam ci do powiedzenia.
Kyuhyun opuścił ręce i z gniewem wymalowanym na twarzy odwrócił się gwałtownie do rozmówcy.
- Ja się zachowuję jak rozwydrzony bachor? Ja? – w głosie młodszego agenta słychać było ledwo powstrzymywaną furię – Ty skurwy…
- Zanim zwyzywasz mnie od najgorszych – przerwał mu w pół słowa Jongwoon – wiedz, że w tej chwili chcę z tobą omówić kwestie służbowe. Sferę prywatną poruszymy innym razem, jak trochę ochłoniesz i przestaniesz mordować mnie wzrokiem.
Agent Cho prychnął lekceważąco, wznosząc oczy ku niebu. Ten człowiek jest niemożliwy, przemknęło mu przez myśl.
- Uduszę go we śnie. – mruknął pod nosem.
Starszy szpieg pokiwał głową, jakby ze zrozumieniem.
- Jasne, nie ma sprawy. A teraz jedź do domu i się pakuj
- Dlaczego? – Kyu zmarszczył brwi, nie rozumiejąc.
- Jutro z samego rana mamy samolot do Busan.
Jongwoon sięgnął za pazuchę, wyjął białą kopertę i wyciągnął rękę w stronę Kyuhyuna, podając mu ją. W środku znajdował się bilet lotniczy, w jedną stronę.
- Tak szybko?
Kim skinął głową i podszedł do drzwi. Wychodząc, dodał:
- Nie kłamałem, Kyunnie.
Kyu spojrzał na zamykające się za starszym drzwi. Zmrużył groźne oczy.
- Szkoda, że nie złamałem ci nosa, patafianie.

niedziela, 14 września 2014

Immortuorum- rozdział 10

10ty rozdział po roku od publikacji 1ego.
Jednak jestem leniem, nawet jeśli chodzi o pisanie xd
Ale spokojnie, to się zmienia, bo w końcu mnie ktoś pilnuje xD
Dzięki, beciu :3
Czekałam na ten rozdział od samego początku, bo od sceny na samym końcu
COŚ SIĘ ZACZNIE W TYM FFIE DZIAĆ XDDD
Yup, od następnego rozdziału będzie już ciekawiej. Mam nadzieję.
Rozdzialik krótszy niż poprzednie. 
Jednak maturalna wysysa wszelkie siły już w pierwszych dniach nauki x.x
Coś czuję, że nie dożyję maja. 
Ale nevermind.
Rozdział z dedykacją dla Kyu, bo obiecałam xD
Musimy się kiedyś spotkać, dongsaengu :<
Enjoy! 
Liczę na Wasze komentarze~

* * * 

W pomieszczeniu panowała cisza, przerywana miarowym dźwiękiem wydobywającym się ze stojącego w rogu zegara. Zabytkowy, nieco zniszczony przez czas mebel mimo swego wieku działał sprawnie. Jego wskazówki z wolna przesuwały się po tarczy, nad którą umieszczone zostały malutkie drzwiczki, otwierające się równo co godzinę, uwalniając niewielkiego drewnianego ptaszka, który wysuwając się na zewnątrz na cienkiej deseczce, poruszał radośnie skrzydełkami. Trybiki wewnątrz maszyny uruchomiły dzwonek, którego dźwięk rozbrzmiewał donośnie w gabinecie inspektora, niesamowicie go tym irytując.
Sungmin wbijał mordercze spojrzenie w dębowy mebel. Co z tego, że to pamiątka po jego świętej pamięci prababce. Co z tego, że przez wzgląd na sentyment swojej matki do zabytkowego przedmiotu raz na miesiąc sprawiał, że jego drewniana powierzchnia lśniła, zupełnie jakby zegar dopiero opuścił witrynę sklepową. Mężczyzna nie darzył go sympatią i najchętniej zapakowałby naszpikowane żelazem pudło do powozu, wioząc je na jarmark, gdzie z pewnością znalazłby się bogaty i chętny do kupna kolekcjoner.
Mimo to detektyw nie miał sumienia, by sprzedać zegar. Chociaż wydawany przez niego dźwięk wywoływał w nim niczym nieuzasadnioną agresję, nie potrafił się go pozbyć. Za dużo wspomnień.
- Jak długo zamierzasz mordować ten biedny zegar wzrokiem?
Sungmin westchnął i odwrócił się powoli w stronę drzwi. Zaplótł ręce na piersi i pełnym dezaprobaty spojrzeniem zmierzył stojącego w drzwiach przyjaciela.
- Jeśli nadal chcesz mnie straszyć, musisz przyjąć inną strategię. – oznajmił znudzonym tonem starszy Lee – Skradanie się na palcach do mojego gabinetu przestało się sprawdzać trzy tygodnie temu.
- Hmm… - zastanowił się Donghae, pocierając palcami brodę – Więc może następnym razem wpuszczę ci tu konia?
- Konia? – spytał z niedowierzaniem Min – Żeby mnie stratował?
- Silny jesteś, przeżyjesz. Poza tym, twoja mina, gdy cię zaskakuję, jest warta całego złota Ameryki Południowej.
- Wiesz chociaż, gdzie leży ten kontynent? – detektyw oparł się biodrem o kant zawalonego dokumentami mebla, wpatrując się w nagle zmieszanego Hae – Czy ty kiedykolwiek przyswoisz podstawy geografii?
Donghae machnął lekceważąco ręką.
- Nie chcę. To nie jest mi potrzebne do życia.
- Ale do zachowania pozorów inteligencji w towarzystwie już tak. – Zauważył Sungmin
- To ty musisz chodzić na bankiety, nie ja. – uciął młodszy Lee, po czym z nagłym błyskiem w oku dodał – Podnieść ci ciśnienie?
- Co masz na my… Och, na litość boską – warknął Ming, dostrzegając w dłoni podwładnego poranne wydanie „Daily Morteny” – co ona znowu wysmarowała?
- Coś, po czym przez najbliższy tydzień nie będziesz musiał pić kawy. – Donghae odnalazł szybko artykuł znienawidzonej przez swego zwierzchnika felietonistki i uśmiechnął się chytrze – mam czytać, czy chcesz to zrobić sam?
Sungmin, w obawie przed rychłym upadkiem na twardą, drewnianą podłogę, usiadł wygodnie w swym fotelu. Zacisnął palce na podłokietnikach, czując nagły przypływ złości. Sama myśl o tej kobiecie i jej publikacjach wywoływała u niego nieuzasadnioną agresję.
- Czytaj.
- Ale obiecaj, że nie pobiegniesz do jej mieszkania, żeby ją aresztować.
Inspektor prychnął, zirytowany.
- Sam mówiłeś, że to wbrew prawu. Czytaj, Lee.
Hae podszedł do biurka i usiadł naprzeciwko przyjaciela. Podniósł nieco gazetę, odchrząknął i zaczął czytać:
- „Dusza. Czymże jest dusza? Nieśmiertelnym tworem naszego Pana, prawdziwą istotą człowieka, która jedynie tymczasowo zamieszkał w starzejącym się ciele, skazanym na śmierć i rozkład? Niewidzialną, nienamacalną materią gdzieś głęboko w nas? A może jest to jedynie wytwór naszej wyobraźni, wymysł chcących omamić nasze umysły szarlatanów?”
- Sama jesteś szarlatanią, wmawiając wszystkim dookoła, że jesteś inteligentna. – mruknął pod nosem podirytowany Sungmin
- Uspokój się i słuchaj, dalej jest jeszcze lepiej – zapewnił Hae, ignorując wpływający na twarz przyjaciela grymas. – „Szczerze wierzę w istnienie duszy. Moi drodzy, to nie podlega wątpliwości, iż na nasze jestestwo składają się w równej mierze ciało i dusza. Przez te wszystkie lata, które dane nam jest spędzić na ziemskim padole, stanowimy nierozłączną całość. Ach, jakże to cudowne uczucie – mieć duszę! Moi mili, też czujecie to subtelne drganie i ciepło rozlewające się pod sercem, gdy tworzycie lub czytacie moje teksty?”
- Ja czuję tylko mdłości. I chęć sięgnięcia po kajdanki. Dobrze, już nic nie mówię – inspektor uniósł dłonie w obronnym geście, gdy Donghae rzucił mu nakazujące ciszę spojrzenie.
- „Wiem, że czujecie; niejednokrotnie pisaliście o tym w listach do mnie. To jest właśnie dusza. Reaguje na piękno, na sztukę, na Boga. Stanowi kwintesencję naszego charakteru, naszej dobroci, człowieczeństwa. Bez niej bylibyśmy jak te zwierzęta, łasi na przyjemności cielesne, ignorujący cuda Bożego świata. Niestety, przychodzi taki dzień, w którym te dwie tak różne materie, żyjące w symbiozie, muszą się pożegnać. Ziemia woła ciało, niebo wzywa duszę, by ta stawiła się przed obliczem Pana. Jednak nie ma się czego bać! To powód do radości! Nasza świadomość jest w naszej duszy, nie umrze, nie rozłoży się jak nasze śmiertelne ciało. Cieszmy się z podróży naszych bliskich na drugą stronę, to lepszy świat, zamieszkany przez istoty pełne światła!”
Podczas gdy Donghae czytał artykuł, co jakiś czas, chcąc podkreślić dramatyzm poszczególnych fragmentów, w komiczny sposób modulując swój głos, Sungmin osunął się w swoim fotelu, niemalże z niego spadając. W tym momencie nie czuł złości, jedynie bezsilność. Absolutną rezygnację.
Jednakże spod warstwy negatywnych emocji powoli wyłaniał się podziw.
- Jakim cudem ta bujająca w chmurach, wzbraniająca się od racjonalnego myślenia kobieta uchowała się w tym świecie? – starszy Lee oderwał wzrok od sufitu, przenosząc go na podwładnego. – Przecież fragmenty tego tekstu brzmią jak hasła promujące nową religię.
- Draculonizm… - mruknął pod nosem Hae.
Min uniósł brew, zdziwiony.
- Co proszę?
- Draculonizm. Tak nazwałaby tą swoją nową religię?
- Dracu… Co?
Donghae uderzył się gazetą w twarz i przeczytał:
- „Niemniej, jestem zdania, iż istoty święte, niemalże boskie, można spotkać także na Ziemi. Nawet tu, w naszej Mortenie! Na pewno go zauważyliście, moi kochani. Nasi mężczyźni prawdopodobnie wyczuli zagrożenie. Widzę, jak na ich twarze wpływa zdenerwowanie. Panowie, nie musicie się obawiać, że stracicie swoje kobiety. Wasze małżonki są tylko i wyłącznie wasze. A wy, drogie panie, nie zastanawiajcie się, czy stosownym jest patrzyć. Możecie to robić. Wodzenie wzrokiem za tym, co piękne i powabne, leży w naszej naturze. Jestem pewna, iż nowy obywatel naszego ukochanego miasteczka nie ma nic przeciwko byciu adorowanym.” – policjant parsknął śmiechem
Detektyw milczał przez chwilę, odmawiając w duchu modlitwę o spokój szlachcica. Polubił go i nie chciał, by ten miał jakiekolwiek nieprzyjemności.
- Biedny. – odezwał się w końcu Sungmin
- Czemu? – chciał wiedzieć Hae – Przynajmniej wiedziałby, że…
- Że jestem taki przystojny? Zawsze byłem tego świadomy, ale i tak dziękuję.
Donghae odwrócił się gwałtownie w stronę, z której dobiegł go głos hrabiego i po chwili leżał na posadzce, wygięty w dziwny sposób, z nogami na fotelu i resztą ciała na podłodze.
Inspektor policji wstał z miejsca i pochylił się, chcąc sprawdzić, czy z przyjacielem wszystko w porządku. Niemal natychmiast ryknął gromkim śmiechem, prawie przewracając leżące na blacie stosy dokumentów.
Dracula uśmiechnął się delikatnie. Widok radosnego Sungmina sprawiał, że i jemu poprawiał się nastrój.
- Nic ci nie jest, Donghae? – starszy Lee otarł palcem łezkę z kącika oka
- Nie… - Hae podniósł się do siadu i warknął w stronę Cho – niezależnie od statusu społecznego, tu się puka!
Kyuhyun uniósł brwi, udając głębokie zaskoczenie i spojrzał na Donghae. Nie odrywając do niego wzroku, uniósł dłoń i zapukał lekko we framugę.
- To panu wystarczy, panie Lee? – spytał uprzejmie hrabia.
Ming przysłonił usta dłonią i zakaszlał, chcąc ukryć kolejną salwę śmiechu.
- Śmiej się, śmiej – syknął Hae, po czym wyszedł z gabinetu, nie obdarzając pozostałych mężczyzn ani jednym spojrzeniem.
Szlachcic zamknął drzwi za policjantem i podszedł do biurka.
- Chyba mnie nie lubi – stwierdził.
- Najwyraźniej… chociaż nie wiem, dlaczego. Nie zna cię.
Mężczyźni podali sobie dłonie, uśmiechając się przy tym do siebie nawzajem. Minęły dwa miesiące od ich pierwszego spotkania. Przez ten czas wielokrotnie spotykali się w parku lub restauracji, dając się pochłonąć rozmowie, tym samym lepiej się poznając. Po pewnym czasie Kyuhyun zaproponował porzucenie formalnego języka. Sungmin z początku nie chciał się na to zgodzić, twierdząc, że to niestosowne, by zwykły stróż prawa zwracał się po imieniu do hrabiego, jednak Cho się nie poddawał.
Na chwilę obecną detektyw cieszył się z decyzji, jaką podjął. Dzięki uporowi Draculi zniknęła ostatnia bariera powstrzymująca Mina przed nazywaniem hrabiego przyjacielem. Czuł, że mu zaufał prawie całkowicie. Prawie, bo wiedział, że nie powiedziałby mu wszystkiego. Jeszcze nie teraz.
Po niedługim czasie szlachcic pożegnał się i wyszedł, tłumacząc się czekającymi na niego obowiązkami. Inspektor nie miał nic przeciwko. Sam musiał zająć się resztą papierkowej roboty, której nie udało mu się skończyć poprzedniego dnia. Z ciężkim westchnieniem pochylił się nad dokumentami.
Parę godzin później chował uzupełnioną już w całości teczkę na przeznaczone jej miejsce. Zerknął na zegar. Zbliżała się północ.
Detektyw ściągnął z wieszaka swój płaszcz i opuścił gabinet, ubierając się w pośpiechu. Pół godziny temu powinien rozpocząć obchód zachodniej części miasta.
- Henry, wychodzę – rzucił do dyżurującego przy wejściu policjanta
Na zewnątrz panował chłód. Zimny wiatr z północy smagał bezlitośnie po twarzy każdego, kto odważył się opuścić choć na chwilę ciepłe mury swego domostwa, pozostawiając na ich policzkach głęboki rumień. Z nieba coraz częściej spadały nieduże płatki śniegu, lśniąc w świetle latarni niczym drogie diamenty. Min opatulił się ciaśniej swym płaszczem, dziękując w duchu Bogu za przeczucie, które nakazało mu rano ubrać cieplejsze odzienie.
Detektyw szybkim krokiem przemierzał przydzielone mu ulice Morteny. Rozglądał się bacznie na boki, mimo dojmującego zimna pozostając czujnym. Według raportów koronera, tajemnicze zgony miały miejsce przeważnie od północy do drugiej nad ranem, co oznacza, że morderca może być w pobliżu.
Mijając sklep starego pana Kim, zatrzymał się na moment, wpatrując się w umieszczone na wieszakach futra. Inspektor stanął przed wystawą, zastanawiając się nad kupnem nowego wierzchniego okrycia. Jego obecne nie nadawało się już na zimę.
Odwrócił się, chcąc odejść, jednak kątem oka dostrzegł w szybie ruch. Zmrużył oczy. Na szkle widoczne były budynki i znajdujące się po drugiej stronie ulicy drzewa. A między nimi…
Sungmin ruszył biegiem w tamtą stronę. Może jeszcze zdążę, myślał gorączkowo, może tym razem mi się uda… Nie zważając na panujące zimno zmusił swoje mięśnie do większego wysiłku, chcąc dotrzeć na czas.
Czarna, wysoka postać, stała oparta o ścianę budynku, trzymając w ramionach mniejszą, zdecydowanie kobiecą sylwetkę. Drzewo na moment przysłoniło Minowi widok, uniemożliwiając dostrzeżenie twarzy napastnika. Lee zatoczył niewielki łuk, omijając zamarzniętą kałużę…
Zatrzymał się gwałtownie, wpatrując się z niedowierzaniem w mężczyznę przed nim.
- Kyuhyun…?

niedziela, 31 sierpnia 2014

S.P.Y- Rozdział 4



Czy tylko ja umieram z powodu Mamacity? xDDD
Samo MV jest według mnie prześmieszne, szczególnie
fragment z arbuzem xD
Biedny Kangin... Już widzę te ffy Kangin x arbuz xD
I wiecie co? Jestem przekonana, że arbuz był seme *w*
Może powinnam uhonorować jakoś Mamacitę, skoro tego ficka nazwałam po "SPY"...
Dobra, nie przedłużam już bardziej.
Enjoy~!

 * * *
Wolne dni mijały Kyuhyunowi stanowczo za szybko. Spędzał je sam, zamknięty w czterech ścianach własnego mieszkania, narażając swojego laptopa na przegrzanie i siebie na wysokie rachunki za prąd. Zabijał czas grając w ukochanego Starcrafta. Jeśli jakimś cudem udało mu się wyłączyć komputer, siadał na kanapie w salonie, brał do ręki pilota i przez następne godziny nie odrywał wzroku od emitowanych w telewizji dram. Usiłował jak najbardziej wczuć się w emocje bohaterów, zrozumieć rozterki nieszczęśliwie zakochanych nastolatek, gniew żądnych zemsty mężczyzn. Wszystko, byle nie myśleć o liściku, który otrzymał parę dni wcześniej.
Chodził spać wcześnie rano, a budził się po południu. Ignorował głębokie cienie pod powiekami, szarzejącą cerę, przekrwione oczy. Uczesał się tylko raz, gdy wychodził do pobliskiego spożywczaka, by mieć czym zapełnić świecącą pustkami lodówkę. Stojąca za ladą ekspedientka o mało nie wyzionęła ducha na jego widok. Kobieta nie chciała go wypuścić ze sklepu, święcie przekonana o tym, że Cho zemdleje i umrze, gdy tylko wyjdzie na zewnątrz. Ostatecznie dała się przekonać, że jego stan to wynik przepracowania. Mimo to pani Kim jeszcze długo wyglądała za nim przez szybę - tak na wszelki wypadek, gdyby jednak zaszła potrzeba wezwania karetki.
Młody agent nie otrzymał więcej próśb o rozmowę. Nikt nie pukał do jego drzwi, nikt nie zostawiał listów na wycieraczce. Do skrzynki na listy Kyu nawet nie zaglądał z obawy, że ten ktoś postanowił być kulturalny i zaczął wrzucać wiadomości do reszty poczty.
Kyuhyun nie miał najmniejszego zamiaru kontaktować się z Kim Jongwoonem. W momencie, w którym podarł otrzymany liścik, przysiągł sobie, że zrobi wszystko, by ten trzymał się od niego z daleka. Nie chciał zmarnować ani sekundy swojego życia na patrzenie na niego, słuchanie jego głosu i oddychanie tym samym powietrzem, twierdząc, iż prawdopodobnie straci wzrok, ogłuchnie a następnie się udusi. Starszy agent stał się w oczach 013 zagrożeniem, czymś na wzór zarazy, nieznanej dotąd plagi egipskiej, dręczącej jego niewinną osobę.
Szpieg wielokrotnie podnosił telefon i wpatrywał się w zielona słuchawkę, widniejącą przy nazwisku jego szefa. Pragnął zadzwonić do Jungsu, wycofać się i jak najszybciej wszystko odwołać ale za każdym razem tchórzył. Leeteuk bez wątpienia zacząłby zadawać pytania. Jego podwładny rzadko odmawiał wypełnienia misji, ale kiedy już to robił, zawsze miał dobry powód. Co miałby odpowiedzieć Teukowi? „Przepraszam, hyung, nie mogę się na to zgodzić, bo nie zamierzam być w jednej drużynie z pewnym skurwysynem, na którego widok mam ochotę strzelić w łeb najpierw jemu, a potem sobie”? Taka opcja zdecydowanie odpadała. Przecież Kyuhyun nie zna Jongwoona, co oznacza, że nie ma najmniejszych powodów, by go nienawidzić. Ani rezygnować z zadania.
Od tych i wielu innych myśli Kyu uciekał w świat gier lub dram, zamykał się w swoich czterech ścianach i nie wyściubiał nosa za drzwi ani na sekundę. Chciał chociaż na chwilę przestać myśleć o zbliżającym się nieuchronnie wyjeździe (za dużo czasu spędził w tym środowisku, żeby wiedzieć, że hasła „partnerzy” oraz „niebezpieczeństwo” odnoszą się tylko i wyłącznie do misji zagranicznych) oraz mężczyźnie, który ma mu towarzyszyć. Najchętniej wykupiłby połowę sklepu monopolowego i upił się jak nigdy wcześniej, ale perspektywa olbrzymiego kaca w czasie powrotu do pracy skutecznie wybiła mu ten pomysł z głowy. Dlatego wolał sukcesywnie zmieniać się w zombie, tracąc wzrok przez nieustanne wpatrywanie się w ekran.
Nawet mając w pamięci wszystkie mniej lub bardziej racjonalne powody robienia z siebie żywego trupa, agent postanowił ostatni dzień przeznaczyć na doprowadzenie się do porządku. Oznaczało to wyłączenie wszelkich sprzętów elektronicznych poza lodówką, zasłonięcie każdego okna w mieszkaniu, zakopanie się po uszy w pościeli i odpłynięcie w ramiona Morfeusza na tak długo, jak się dało. Nie chciał, żeby ktokolwiek w biurze martwił się jego stanem. No, może poza Kim Jongwoonem. Zawsze mógłby mu wmówić, że jego obecność jest toksyczna i robi mu krzywdę, przebywając w pobliżu.
Jednak Kyu nie miał gwarancji, że Jongwoon się nim przejmie. Wszystko wskazywało na to, że będzie wręcz odwrotnie. Przecież gdyby coś dla starszego szpiega znaczył, nie zniknąłby wtedy bez śladu. Zostawiłby chociaż krótką notkę, jakąkolwiek informację…
Tak się jednak nie stało i Kyuhyun nie zamierzał dłużej o tym rozmyślać. Już dawno temu postanowił zostawić przeszłość za sobą i nie oglądać się przez ramię. Nie chciał być postrzegany jako niepewny, uzależniony od drugiej osoby gówniarz, tak jak kilka lat temu.

~7 lat temu

- Daj mi spokój – warknął młody student na idącego obok hyunga. – Kiedy przestaniesz udawać mój cień?
- Nie udaję twojego cienia – zaprzeczył Jongwoon, spoglądając na młodszego kolegę z zaskoczeniem.
- To dlaczego za mną leziesz?
- Nie chodzę za tobą, tylko z tobą.
- Po co?
- Tak robią przyjaciele, prawda?
Kyuhyun zatrzymał się gwałtownie, stając na środku korytarza. Odwrócił się do starszego chłopaka z zaciętym wyrazem twarzy. Z jego oczu ciskały gromy.
- Od kiedy niby jesteśmy przyjaciółmi, hm? Bo ja jakoś sobie nie przypominam, żebym dawał ci zgodę na nazywanie się moim przyjaciele - zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie był za ostry, ale w tamtym momencie kierowała nim chęć pozbycia się natręta.
Jongwoon westchnął ciężko i spojrzał na dongsaenga z politowaniem.
- Przecież powiedziałem dwa tygodnie temu na stołówce, że jesteśmy przyjaciółmi. – przypomniał. – Tak samo jak dzień wcześniej w bibliotece.
Młody Cho spoglądał na towarzysza z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wokół nich zaczęła gromadzić się niewielka grupka osób liczących na urozmaicenie bójką ich nudnego, studenckiego dnia. Spotkało ich jednak rozczarowanie, gdyż po chwili Kyuhyun po prostu odwrócił się i odszedł, jakby nigdy nic się nie stało.
Chłopak zszedł w pośpiechu po schodach i wyszedł na dwór. Za uczelnią, do której uczęszczał, znajdował się średnich rozmiarów park, do którego tylko uczniowie i pracownicy placówki mieli dostęp. Było to miejsce, w którym samoistnie wracały siły. Kyu przymknął powieki, gdy ostre światło słoneczne poraziło jego oczy. W budynku było o wiele ciemniej niż na zewnątrz.
Nogi same skierowały go pod wiekowy dąb. Jego konary rzucały sporych rozmiarów cień, umożliwiając nieprzepadającemu za słońcem studentowi ukrycie się przed jego promieniami.
Kyuhyun opadł na trawę z głośnym westchnieniem. Przymknął oczy, chcąc się choć na chwilę zdrzemnąć i zapomnieć o chodzącym za nim niemal krok w krok, hyungu.
Niestety nie było mu dane zbyt długo cieszyć się ciszą i spokojem.
Zmarszczył brwi, słysząc zbliżające się w jego kierunku kroki.
- Odwal się, hyung, i przestań za mną łazić – warknął chłopak, nawet nie otwierając oczu – bo zrobię ci krzywdę!
- To może ja przyjdę później… - niepewny głos dobiegający jego uszu zdecydowanie nie należał do Jongwoona. Kyu spojrzał na intruza.
- Ryeowook hyung, co tu robisz? – spytał zaskoczony jego obecnością. – Myślałem, że jesteś na wykładzie.
- Właśnie się skończył. Chciałem z Toba porozmawiać, ale to chyba nie najlepsza pora…
- Nie, siadaj – Kyuhyun poklepał miejsce obok siebie. W przeciwieństwie do Jongwoona, towarzystwo młodszego Kima mu nie przeszkadzało.
Ryeowook usiadł na trawie i, oparłszy się uprzednio plecami o drzewo, wbił w dongsaenga wyczekujące spojrzenie.
- Więc… O co chodzi? – zapytał ostrożnie młodszy chłopak.
- Ty mi powiedz. – uśmiechnął się Ryeo.
- Ale to ty chciałeś ze mną porozmawiać, hyung…
- Myślę, że z nas dwóch to ty będziesz mówił, a ja słuchał.
Kyuhyun spojrzał na kolegę zbity z tropu. Najpierw go szuka, żeby z nim porozmawiać, a potem to jemu każe mówić? Cho nie rozumiał intencji starszego i nie omieszkał podzielić się z nim tym spostrzeżeniem.
- Od kilku dni chodzisz po kampusie rozdrażniony – wyjaśnił Wook. – Domyślam się, dlaczego, ale chcę to usłyszeć od ciebie.
Kyu westchnął ciężko. Powinien się domyślić, o co mogło mu chodzić.
- Czy on się zawsze tak zachowywał? Jongwoon hyung? – spytał z nutą irytacji w głosie.
- Sprecyzuj.
- Odkąd się poznaliśmy, łazi za mną, jakby go ktoś łańcuchem przykuł – Kyuhyun założył ręce na piersi, wyraźnie zdenerwowany. – Prawie nie odstępuje mnie na krok! Zastanawiam się, jak długo pozwoli mi chodzić to toalety bez swojej asysty!
- Lubi cię – powiedział Ryeowook. – To chyba normalne, że chce spędzać z tobą czas i zaprzyjaźnić się?
- On nie spędza ze mną czasu, hyung – zaprzeczył młodszy. – To, co my dwaj robimy, na przykład w tej chwili, to jest spędzanie ze sobą czasu! Siadamy razem na stołówce, czasami przespacerujemy się korytarzem, co parę dni usiądziemy wspólnie przed laptopem, żeby obejrzeć film. To jest spędzanie ze sobą czasu i to określiłbym mianem „zaprzyjaźniania się” – Kyu nakreślił palcami w powietrzu cudzysłów, po czym zwinął dłonie w pięści i uderzył nimi w uda. – A Jongwoon zachowuje się prawie jak jakiś pieprzony stalker!
- Wyrażaj się – zrugał dongsaenga Wook –Może faktycznie trochę przesadza…
- Trochę? – przerwał mu Kyuhyun. – Trochę?! Czy ty słyszysz, co ludzie mówią dookoła?
- Co mówią? – Kim doskonale to wiedział, ale postanowił dać koledze się wygadać.
- Że niczego bez niego nie potrafię zrobić! Ciągle potrzebuję pomocy starszego kolegi, bo jestem taki nieporadny i sam nie dam sobie rady! Naprawdę, czy on musi to wszystko robić? Ktoś mnie przypadkiem na korytarzu potrąci – słowa same wydostawały się z ust sfrustrowanego chłopaka, zbyt długo duszącego w sobie złość – a on już leci za tym kimś i każe mnie przepraszać! Ktoś krzywo na mnie spojrzy, to samo! Na stołówce zawsze mi coś przynosi, sam zresztą widzisz! Na litość boską, jak chce być moim przyjacielem, to niech nie zachowuje się jak ochroniarz czy służący, do cholery!
Ryeowook ze spokojem wysłuchiwał monologu młodszego studenta, od czasu do czasu potakując głową na znak, że słucha, gdy ten kierował pełne rozdrażnienia spojrzenie na jego osobę. Widział to wszystko, o czym mówił Kyu i rozumiał jego złość. Podejrzewał również, co mogło być powodem specyficznego niż zazwyczaj zachowania ich hyunga, jednak na tę chwilę wolał nie wyciągać żadnych wniosków. Uważał, że lepiej porozmawiać z przyjacielem i dowiedzieć się wszystkiego od niego. Tymczasem, jego głównym celem stało się uspokojenie siedzącej obok żywej bomby zegarowej.
- Kyuhyun-ah, rozumiem twoje rozdrażnienie, naprawdę rozumiem – oznajmił kojącym tonem młodszy Kim. – Znam go od dziecka i widziałem już u niego takie zachowanie. Przesadził, to fakt – podkreślił, widząc grymas na twarzy dongsaenga - ale to wszystko tylko dlatego, że zyskałeś jego sympatię. Mówiłem ci już, jakie ma problemy ciężko z zawieraniem nowych znajomości, pamiętasz? – Kyu pokiwał głową. – Porozmawiam z nim później. Powiedz mi – zagadnął – naprawdę tak bardzo nie lubisz Jongwoona?
- To nie tak, że go nie lubię – Kyuhyun podrapał się po karku, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Nagle cała złość jakby z niego wyparowała. – Po prostu drażni mnie jego zachowanie. To wkurzające, gdy ktoś chodzi za tobą krok w krok i wszystko chce robić za ciebie.
- A gdyby przestał i zaczął zachowywać się normalnie?
- Normalnie? – parsknął śmiechem młodszy chłopak.
- Normalniej niż teraz – Ryeo też się zaśmiał. Normalność nie pasowała do jego hyunga. – Mógłbyś go wtedy polubić?
- Nie powiedziałem, że go nie lubię – zaprzeczył Kyu. – Lubię go, ale tylko wtedy, kiedy nie stara się o stanowisko mojej niańki.
- Przekażę mu, że jesteś za duży na opiekunkę – powiedział rozbawiony  Ryeowook.
Kyuhyun uśmiechnął się i położył na trawie, rozluźniony. Wpatrując się w czyste, błękitne niebo, rozmyślał o swojej przyszłości w Akademii i przyjaźni z Kim Jongwoonem. Może nie będzie aż tak źle?

~*~

Młody mężczyzna stał dokładnie w tym samym miejscu, gdzie tydzień temu i obserwował masywny budynek przed nim. Jednak tym razem nie cieszył się z powrotu w to miejsce. Jego oczy lustrowały okolicę w poszukiwaniu wroga. Choć wiedział, że jego były hyung nie zrobi mu krzywdy, to od kilku dni właśnie w ten sposób o nim myślał. Tak, Kim Jongwoon stał się dla Kyuhyuna wrogiem numer jeden i nic, ani nikt, tego nie mógł tego zmienić.
Agent pokręcił głową z rezygnacją i skierował się do wejścia. Nie pozwoli, żeby nienawiść wpływała na jego pracę. Był profesjonalistą, umiał oddzielić życie prywatne od zawodowego. Ta sytuacja nie stanowiła wyjątku. Poradzi sobie z Jongwoonem. Musi.
- Och, Kyuhyun. Wróciłeś już? – przywitał go szef, gdy tylko przekroczył próg jego gabinetu.
- Urlop mi się skończył, nie miałem wyjścia – zażartował agent, siadając na krześle przed biurkiem.
- Odpocząłeś trochę?
- Owszem. Masz coś dla mnie, hyung, czy mogę dalej się obijać w swoich czterech ścianach? – szpieg liczył na krótką pamięć zwierzchnika i podpuszczał go, by ten przydzielił mu nowe zadanie.
- A co, już nie chcesz jechać z Jongwoonem na ekstremalnie niebezpieczną misję? – widząc, jak Kyu oklapł, dodał szybko – No dobrze, jest po prostu niebezpieczna. Chyba mi nie powiesz, że się boisz. – Mężczyzna był zaskoczony. 013 nigdy nie bał się ryzykownych zadań, wręcz przeciwnie, przyjmował je z entuzjazmem. Jungsu nie potrafił więc zrozumieć, skąd ta nagła niechęć.
- Nie, skąd – zaprzeczył Kyuhyun. – Po prostu… nie nadaję się do pracy w parze. Działam sam. Ewentualnie w grupie. – skoro nie mógł jechać w pojedynkę, to niech chociaż szef przydzieli im kogoś jeszcze. Przynajmniej nie będzie z Kimem sam.
Park opadł na swój fotel z westchnieniem. Potarł palcami skronie, przymykając oczy. Na jego twarzy widoczne było zmęczenie. Spojrzał ze znużeniem na młodszego agenta. Nie miał siły z nim dyskutować.
- Ani ty, ani on nie możecie jechać na własną rękę. W pojedynkę żaden nie da sobie rady. Gdyby było was więcej niż dwóch, za bardzo rzucalibyście się w oczy. Dlatego przydzieliłem cię do Jongwoona.
- Dlaczego akurat ja? – chciał wiedzieć Kyu. – Przecież istnieje wielu agentów z większym doświadczeniem ode mnie.
- Jesteś jednym z najlepszych. – Szef posłał mu nikły uśmiech. – Poza tym, 004 sam o ciebie prosił.
Kyuhyun otworzył usta, by coś powiedzieć, ale był zbyt zaskoczony, żeby cokolwiek z siebie wydusić. Jongwoon wybrał go na swojego partnera? Ten kretyn osobiście poprosił Jungsu, żeby to właśnie on, Kyu, mu towarzyszył?!
- Rozumiem. – Cho przybrał maskę, której nie powstydziłby się nawet mistrz gry w pokera. – Pójdę trochę postrzelać.
Opuszczając gabinet przełożonego, Kyuhyun przysiągł sobie, że nic nie zrobi. Absolutnie nic. Ten człowiek jest mu obcy. Przestał być mu bliski trzy lata temu i tak już pozostanie, niezależnie od tego, co się stanie podczas czekającej ich wyprawy.
Nie da się ponownie zwieść.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Immortuorum- rozdział 9

Annyeong!
Na początek muszę Was wszystkich przeprosić za trzymiesięczną
przerwę w publikacji Immortu. Nie wiem, jak to się stało...
Może potrzebowałam nieco odpocząć.
Mam dla Was dobre wieści!
Wiem, że moje obietnice dotychczas były niewiele warte ( :'< ),
ale tym razem ma mnie kto pilnować xD
Mam nową betę! Gang-aji unnie wie, co robić, 
żebym pisała i wie, jak porządnie zbetować moje nędzne wypociny :D
Trzymajcie za nią kciuki, bo nie dość, że musi użerać się akurat
ze MNĄ (wyczuwam karę boską dla mojej unnie...), to jeszcze
Gang-aji nie lubi yaoi! xD A yaoi betuje, także... xDDD
Ale to były dobre wieści bardziej dla mnie.
Was zainteresuje pewnie bardziej fakt, że będę publikowała regularnie :D
Niestety, ze względu na fakt, że po wakacjach zacznę klasę maturalną (Shisusie... ;;;),
nie będę w stanie wstawiać nowych rozdziałów co tydzień.
Razem z moją nową betą uznałyśmy, że nowa notka co dwa tygodnie
będzie najlepszym wyjściem. Ja będę mogła spokojnie napisać rozdział bez strachu, 
że nie zdążę na czas,
Gang-aji go zbetuje a Wy będziecie wiedziały, kiedy się czegoś spodziewać :D
Także, począwszy od dziś,
publikuję co dwa tygodnie w niedzielę.
Nie przedłużając- enjoy! 

* * * 

W Mortenie, pomimo wczesnej godziny, zapanował półmrok. Ciężkie deszczowe chmury przesłoniły słońce, niemal całkowicie odcinając miasto od jego promieni. Ciemne masywy, płynące z wolna po nieboskłonie, zapowiadały burzę. Cień przesuwał się po ulicy, odbierając kolejnym budynkom cenne światło. Kwiaty na balkonach i w ogrodach zamknęły się, uznawszy, iż nadeszła już noc. Zerwał się silny, porywisty wiatr, podwiewający kobiece suknie, na co panie reagowały mniej lub bardziej donośnym piskiem zaskoczenia. Niewiasty przytrzymywały dłońmi pokaźne kapelusze, nie chcąc, by nagły podmuch porwał je w dal. Zwierzęta udały się do swoich kryjówek, spłoszone nagłą zmianą pogody.
Sungmin obserwował to wszystko przez okno w swoim gabinecie. Z pozoru wydawał się być spokojny, jednak pod maską obojętności narastał niepokój. Mieszkał tu nie od wczoraj, zdawał sobie więc sprawę, iż burze w tej okolicy bywały nieprzewidywalne i wielce niebezpieczne, zwłaszcza o tej porze roku. Jesienią wszystko się zmieniało. Każdy dzień był chłodniejszy od poprzedniego, noce stawały się coraz dłuższe, drzewa zrzucały swe liście, które zaraz porywał zimny wiatr z północy. Słońce, choć cały czas tak samo jasne, dawało coraz mniej ciepła, zmuszając ludzi do wyciągnięcia cieplejszych płaszczy z czeluści swych szaf. Mężczyzna zerknął na stojący nieopodal niewielki kalendarz. Uniósł brwi, zaskoczony, po czym znów wyjrzał przez okno. Była to zaledwie połowa września, za wczesna pora na taką zawieruchę.
- Na co tak patrzysz?
Inspektor podskoczył gwałtownie, z zaskoczeniem odwracając się w stronę intruza.
- Na miłość boską, Donghae! - warknął, obdarowując przyjaciela pełnym rozdrażnienia spojrzeniem.- Nie zachowuj się jak złoczyńca!
- Złoczyńca? - powtórzył zdziwiony brunet. - Dlaczego jak złoczyńca? Przecież niczego nie ukradłem…
- Jednak zachowujesz się, jakbyś miał zamiar to zrobić. - starszy z nich westchnął ciężko i, odwracając się od podwładnego, spytał - Masz coś dla mnie, czy jedynym celem twojej wizyty było spowodowanie mojego zawału?
- Interesująca i całkiem kusząca perspektywa, ale muszę cię rozczarować.- zaśmiał się cicho Hae. - Szef kazał przekazać ci całkiem sporą stertę dokumentów do wypełnienia.
Sungmin zerknął na swoje biurko i zdębiał.
- Od kiedy nadinspektor to trzymał? - jęknął, przesuwając wzrokiem po pokaźnych rozmiarów stosie papierów- Wyglądają, jakby nikt ich nie dotykał od miesięcy.
- Po części tak właśnie jest.- Młodszy mężczyzna wolnym krokiem podszedł do biurka . - Te tutaj - przeciągnął palcem po znajdujących się na górze sterty papierach - są z ostatnich tygodni. Te - zjechał trochę niżej, pokazując środek stosiku - sprzed paru miesięcy, natomiast pochodzenie tych u samego dołu sięga nawet pięciu lat wstecz. - Donghae wbił uważne i nieco przestraszone spojrzenie w przyjaciela.
Inspektor spoglądał z niepokojem na dokumenty u spodu sterty. Pięć lat temu… Mężczyzna nie chciał do tego wracać. Za wszelką cenę starał się o tym zapomnieć, wyrzucić z pamięci kaleczące serce niczym cierń wspomnienie, jednak na darmo. Prawie każdy wolny dzień, którego nie mógł zapełnić pracą, spędzał z Donghae. Tamten miał jednak swoje życie, posiadał też innych przyjaciół, więc Sungmin nie zamierzał mu nieustannie towarzyszyć, skazując na swoje, chwilami męczące, towarzystwo. Dlatego wiele chwil spędzał w samotności, otaczając się opasłymi tomiszczami. Nie, żeby mu to przeszkadzało - kochał czytać. Z tym, że kiedyś miał tę alternatywę, że jeżeli książka go znudzi, będzie mógł wyjść z domu, pójść tam, porozmawiać… Do niego…
To się jednak skończyło pięć lat temu i od tamtej pory Minowi pozostały jedynie książki i to przemożne uczucie pustki, której sam Donghae nie był w stanie wypełnić.
- Nadinspektor twierdził, że doszukał się pewnych nieścisłości…
- Rozumiem.- odparł Sungmin, nie odrywając wzroku od dokumentów.
- Może mógłbym ci pomóc… - szepnął Donghae, z wahaniem dotykając ramienia starszego- Zająłbym się częścią… Sungmin?
- Zabierz te starsze, Donghae. - Odpowiedział słabym głosem Min.- Proszę…
Młodszy Lee pokiwał energicznie głową i podniósł część dokumentów, odkładając je na bok, by dostać się do tych poniżej, tych najstarszych. Chwycił je w dłonie i, rzuciwszy starszemu ostatnie zatroskane spojrzenie, skierował się do wyjścia. Zatrzymał się jednak, gdy usłyszał ciche:
- Przepraszam…
- Za co? - chciał wiedzieć Donghae.
- Za to, że musisz to robić, chociaż to mój obowiązek. - skrzywił się lekko.- Za to, że je ode mnie zabierasz, bo ja nie jestem w stanie na nie patrzeć. Dlaczego się śmiejesz? - Sungmin skierował wzrok na swego, trzęsącego się ze śmiechu,  podwładnego.
Młodszy Lee zamrugał, usiłując powstrzymać łzy rozbawienia przed wypłynięciem na zewnątrz.
- A dlaczego mnie przepraszasz? - spytał, gdy był w stanie opanować chichot.- Powinieneś mi dziękować! Śpiewać peany na cześć mojej wspaniałomyślności i dobroci! Pisać wiersze ku mej czci, pisać telegramy do rzeźbiarzy, by wykonali mój pomnik, który następnie postawisz w swoim ogródku i będziesz się mu kłaniał, wieszając na mej kamiennej szyi girlandy kwiatów…
Z każdym kolejnym zdaniem kąciki ust Mina stopniowo unosiły się, gdy na jego twarz wpływał nieśmiały uśmiech. Zaśmiał się cicho, kiedy młodszy postanowił zademonstrować, jak powinien tańczyć przed jego rzeźbą i płaszczyć się, składając mu hołd.
- Powinieneś się również przebrać za kapłankę ze starożytnej greckiej świątyni!
- Tak, zdecydowanie. - uśmiechnął się starszy Lee. Podszedł do przyjaciela i pieszczotliwie potargał mu włosy. - Dziękuję, Donghae.
- Nie masz za co dziękować, - odparł Hae, patrząc na niego ciepło. - tak robią przyjaciele.
- Tym bardziej jestem ci wdzięczny. Robisz to dla mnie tak bezinteresownie…
- Aczkolwiek nie obraziłbym się za ten pomnik… - Wtrącił młodszy Lee.
- Idź już. - zaśmiał się inspektor, wypychając podwładnego za drzwi.
Uśmiech spłynął z jego twarzy, gdy przyjaciel opuścił pomieszczenie. Detektyw naprawdę czuł się nieswojo z tym, że zrzucał część obowiązków na swego podwładnego. Nie był to oczywiście pierwszy taki przypadek, gdyż Sungmin chętnie dzielił się swoją pracą z przyjacielem, który, zdaniem inspektora, często sprawiał wrażenie wielce znudzonego i rozproszonego. Dlaczego więc starszy miałby nie wypełnić  mu wolnego czasu, przeznaczonego na pracę na komisariacie?
Tak, Min przeważnie nie miał skrupułów, by zawalać Hae dodatkowymi zajęciami, przy okazji odciążając nieco samego siebie… Jednakże ta sytuacja była zgoła inna.
Stróż prawa podniósł pierwszy plik dokumentów, które miał przejrzeć. Nie doszukując się żadnych nieprawidłowości, po chwili złożył na ostatniej stronie swój podpis, i sięgnął po kolejną teczkę, sukcesywnie powracając pamięcią do minionych, zamkniętych lub wciąż nierozwiązanych, spraw. Każda z nich stawała mu przed oczyma, zupełnie jak projekcja filmowa oglądana w kinie. Do im dalszych wydarzeń sięgał pamięcią, tym większe odczuwał wyrzuty sumienia.
Czuł się jak tchórz; nędzny, przestraszony młodzieniec, uciekający od rzeczywistości, unikający przeszłości. Na litość boską, pomyślał Sungmin, jestem już dorosłym, poważnym mężczyzną! Poradzę sobie!
Gdy uporał się z ostatnimi aktami, podniósł się ze swego miejsca za biurkiem i, uprzednio odłożywszy dokumenty na przeznaczone im miejsce, skierował się do drzwi. Ledwie jednak wyciągnął dłoń w kierunku klamki, ta przekręciła się i do gabinetu wkroczyła jedna z młodych sekretarek. Na widok przełożonego stojącego tak blisko niej, oblała się głębokim rumieńcem, wyraźnie zmieszana.
- Pan Lee prosił, by je panu przekazać, inspektorze. – powiedziała cichutko, wyciągając w jego stronę dokumenty, które wcześniej zabrał od niego Donghae – Sam niestety nie mógł się do pana pofatygować. Musiał zająć się niespodziewanym gościem, więc poprosił, żebym zrobiła to za niego, a ja się zgodziłam, ponieważ akurat miałam wolną chwilę i…
- Już dobrze, Saro, dziękuję. – Sungmin powstrzymał słowotok zdenerwowanej młodej sekretarki i odebrał od niej papiery, uśmiechając się przy tym uspokajająco.
- Może zrobię panu kawy? – zaproponowała, odetchnąwszy z ulgą, gdy inspektor odsunął się od niej, by położyć dokumenty obok reszty.
- Zostałaś po godzinach, tak? – dziewczyna przytaknęła.  – Więc idź już do domu. Ja też za chwilę wychodzę, tylko coś jeszcze sprawdzę. A na kawę czekam jutro z samego rana. – dodał szybko, widząc zawód w oczach Sary.
- Dobrze, proszę pana. Do jutra! Miłej nocy!
- Dobranoc, Saro. – sekretarka dygnęła i posyłając mu ostatni uśmiech, opuściła pomieszczenie.
Lee pochylił się nad starszymi aktami, które po chwili wahania postanowił mimo wszystko przejrzeć. To nie tak, że nie ufał młodszemu koledze, jednak wolał wszystko sprawdzić sam. Być może Donghae coś przeoczył, jakiś istotny szczegół, który mógłby pomóc w zamknięciu jednej z nierozwiązanych dotąd spraw…
- Czy każda z tutejszych sekretarek ma do pana taki stosunek, inspektorze?
Sungmin odwrócił się i na jego twarz wpłynął delikatny uśmiech.
- Nie mamy ich wiele -odparł, nieco rozbawiony, po czym dodał – ale odpowiadając na pańskie pytanie, hrabio, to nie, nie każda.
Hrabia Dracula, oparty nonszalancko o framugę drzwi, wbijał spojrzenie w stojącego przed nim stróża prawa. W jego oczach igrały ogniki, a na ustach majaczył niewielki uśmieszek. Długi po same kostki beżowy płaszcz nadawał szlachcicowi powagi, natomiast przechylona na bok głowa sprawiała zgoła odwrotne wrażenie. Sungmin owi przemknęło przez myśl, iż nie potrafi określić, jakiego pokroju jest jego rozmówca. Dojrzały mężczyzna? Dziecko w ciele dorosłego? Nieprzewidywalny szaleniec? Lee natychmiast pozbył się ostatniej myśli. Cho wzbudzał zaufanie, a on zna się na ludziach. Potrafi wyczuć, czy ktoś jest dobrą osobą,  czy też oszustem.

- Coś się stało? – głos Kyuhyuna wyrwał detektywa z rozmyślań. Mężczyzna rzucił szlachcicowi pytające spojrzenie. – Tak się pan we mnie wpatrywał…

- Usiłowałem pana rozgryźć, hrabio - odparł zgodnie z prawdą Min.

- Doprawdy? – zakpił Dracula. – I jak, udało się?

- Jest pan twardym orzechem do zgryzienia. – przyznał Lee.

- To samo mogę powiedzieć o panu, inspektorze. – Cho zamilkł a chwilę, po czym dodał – Jednakże wiem, jak temu zaradzić.

- Naprawdę?

- Owszem. W końcu obiecałem panu wino – uśmiechnął się po nosem Kyuhyun – a cóż innego stwarza lepszą atmosferę do odbycia szczerej rozmowy niż lampka dobrego, czerwonego wina?

Sungmin zaśmiał się na to stwierdzenie, przenosząc akta do przeznaczonej na nie szafki. Zamknąwszy drzwiczki na klucz, który ukrył w kieszeni swoich spodni, odwrócił się do oczekującego jego odpowiedzi gościa.

- Lampka dobrego, czerwonego wina plus smaczny, krwisty stek? – zaproponował inspektor, spoglądając z nadzieją na towarzysza. Od rana nie miał nic w ustach.

- Krwisty stek? O każdej porze dnia i nocy – Minowi nie umknął osobliwy błysk w oczach hrabiego.

- Aż tak bardzo przepada pan za mięsem? – spytał inspektor, gdy wspólnie opuszczali komisariat.

- Jak każdy mężczyzna, panie Lee.

Silny podmuch chłodnego powietrza uderzył w obu mężczyzn, gdy znaleźli się na zewnątrz. Zmrużywszy oczy, by nie dostał się do nich żaden pyłek, ruszyli w stronę najbliższej restauracji. Ich płaszcze powiewały na wietrze, sprawiając, iż stojącemu z dala obserwatorowi przypominaliby jakieś zjawy, mroczne mary czyhające na zbłąkane dusze.

Towarzysze podnieśli kołnierze wierzchniego odzienia, osłaniając wrażliwe szyje przed zimnem. Sungmin skulił się nieco, nie chcąc niepotrzebnie tracić ciepła. Nie spodziewał się tak nagłej zmiany pogody, więc cieplejsze okrycie zostawił w domu, leżące gdzieś w czeluściach jego szafy. Zaklął cicho pod nosem, wyrzucając sobie brak przezorności.

Detektyw podskoczył w miejscu, czując palce zaciskające się na jego przedramieniu. Zerknął na stojącego obok hrabiego. Mężczyzna zatrzymał go przy wejściu do restauracji, gdy Lee, zbyt rozproszony przez własne myśli, bezwiednie chciał podążyć dalej. Po chwili dłoń zniknęła, a oni sami ściągali płaszcze, otuleni ciepłem panującym we wnętrzu budynku.

Dracula poprowadził Sungmina do stolika położonego w najdalszym zakątku restauracji. Gdy tylko zajęli swoje miejsca, u ich boku pojawił się kelner,gotowy przyjąć ich zamówienie.

- Prosimy dwa steki i najlepsze czerwone wino, jakie jest nam pan w stanie zaoferować - powiedział Kyuhyun, nie spoglądając nawet na ofiarowaną mu kartę dań.

- Jakie życzą sobie panowie steki? – spytał kelner, skrupulatnie notując wszystko w swoim notesie.

- Dla mnie średnio wysmażony – odparł Min.

- A dla pana?

- Krwisty.

Chłopak, ukłoniwszy się, oddalił się w stronę kuchni. Inspektor spojrzał na towarzysza, zaintrygowany.

- Zatem preferuje pan krwiste steki?

- Im więcej krwi, tym lepiej – uznał hrabia. – Zatem pracuje pan w policji od pięciu lat?

- Zgadza się. Zaczynałem od niskiego stanowiska, jednak byłem uparty i dziś cieszę się posadą inspektora. Dziękuję. – rzucił w stronę nalewającego mu wina kelnera.

- To dość niespotykane - stwierdził Cho, przyglądając się czerwonemu trunkowi, uwięzionemu w kryształowym kieliszku – by zwykły, proszę mi wybaczyć, policjant w tak krótkim czasie wspiął się tak wysoko. Jak pan tego dokonał?

- Nie poddawałem się. Zależało mi na tej pracy bardziej niż na czymkolwiek innym, więc nie mogłem pozwolić komuś innemu na objęcie tej posady.

- Słyszałem od nadinspektora Smitha, że wykazał się pan podczas jednej z niezwykle niebezpiecznych akcji. To prawda? – zapytał wyraźnie zaintrygowany szlachcic.

Min skrzywił się nieco na to pytanie. Domyślał się, że może ono paść, ale nie, że tak szybko. Nie zdążył się na nie psychicznie przygotować, choć w duchu zdawał sobie sprawę, że nigdy nie byłby w stanie na nie spokojnie odpowiedzieć.

- Prawdą jest, że pomogłem moim przełożonym, za co zostałem później nagrodzony – Lee, zamiast patrzeć na towarzysza, wbił wzrok we własne palce, przesuwające się wzdłuż nóżki kieliszka – jednak nie odczuwam dumy na wspomnienie tamtych dni.

- Dlaczego?

- Ponieważ zginął człowiek, który powinien stanąć przed sądem. Ach, nasze steki.

Cho, widząc iż jego rozmówca nie ma najmniejszego zamiaru pociągnąć dalej tematu, rzucił luźną uwagę na temat serwowanego w owej restauracji jedzenia. Inspektor chętnie podjął temat, pragnąc odciąć się od bolesnych wspomnień.

- Mieszkam tu od dziecka, a nie pamiętam ani jednej pańskiej wizyty w Mortenie. – zauważył Sungmin, krojąc leżące przed nim mięso.

- Pojawiłem się tu może raz czy dwa – odpowiedział hrabia, przełknąwszy kolejny ociekający krwią fragment wołowiny. – Pierwszy raz, gdy musiałem podpisać odpowiednie dokumenty, drugi, kiedy wystąpiły pewne problemy w związku z remontem. Obie wizyty miały miejsce późną nocą.

- Rozumiem. Wygląda pan na bardzo młodego, może nawet młodszego ode mnie – zaśmiał się Min – ale wysławia się pan niczym mający swoje lata uczony.

- Powinienem to odebrać jako komplement czy obrazę, panie inspektorze? – zażartował szlachcic.

- Zdecydowanie jako pochwałę. – W restauracji rozbrzmiał głośny śmiech mężczyzn.

Przez następne minuty w ciszy oddawali się konsumpcji zamówionego przez nich dania, nie mogąc nadziwić się perfekcji smaku spożywanego mięsa, które wręcz rozpływało się w ustach.

- Od pewnego czasu intryguje mnie – napomknął Sungmin – dlaczego preferuje pan, hrabio, gdy zwraca się do pana nazwiskiem matki.

Kyuhyun otarł usta rąbkiem serwetki.

- Mam złe wspomnienia związane z ojcem – odparł. – Tak naprawdę nie ma o czym mówić. Klasyczny przypadek rodzica z przerostem ambicji, traktującego swoje dzieci jak służących, którzy bez mrugnięcia okiem mają wykonywać jego polecenia, inaczej czeka je dotkliwa kara. Innymi słowy, zwyczajny tyran – podsumował, starając się ukryć błysk bólu w oczach.

- Przykro mi – mruknął Sungmin.

- Nie trzeba, ale dziękuję.

Godzinę później, gdy kelner zabierał puste talerze, a jego współpracownik ponownie wypełniał kieliszki najlepszym czerwonym winem, Dracula niby od niechcenia zapytał:

- Jakiś czas temu wspominał pan, że ma do czynienia z tajemniczą i trudną sprawą – Cho powąchał trunek – co to było?

- Ach… - nieco podchmielony stróż prawa podparł ręką brodę, mając gdzieś maniery zakazujące trzymania łokci na stole. – Chodziło o to, że dużo całkowicie zdrowych osób ginie bez sensu na ulicach, a moje biurko zalewają nekrologi…

- Jakieś teorie? – Kyuhyun przechylił delikatnie naczynie, ponownie smakując wybornego wina. Jego oczy, mimo krążącego w krwioobiegu alkoholu, bacznie obserwowały towarzysza.

- To na pewno nie epidemia, inaczej połowa miasta już dawno padłaby trupem – westchnął ciężko inspektor – Jak już mówiłem, byli zdrowi, tylko…

- Tylko?

- Tylko nagle ich dusze postanowiły pożegnać się z tym światem i opuściły ciała – warknął Sungmin – Ktoś musiał im w tym pomóc, nie ma innego wyjścia! – w przypływie złości uderzył pięścią w stół.

- Ostrożnie, wyleje pan wino. -Cho przytrzymał przez moment butelkę, spodziewając się kolejnych wybuchów złości, które na szczęście nie nastąpiły. – Nie próbował pan zaprząc ludzi z komisariatu do pracy?

- Próbowałem, ale nikt mnie nie chce słuchać! Nikt! – podkreślił, gestykulując żywo dłonią. – Tylko Donghae słucha moich teorii, ale co z tego, skoro nie bierze ich na poważnie?

- Nikt panu nie wierzy, tak? – chciał się upewnić Dracula. – Dosłownie nikt?

Detektyw pokiwał głową, zrezygnowany.

- Najpierw nazywają mnie bohaterem, a teraz śmieją się za moimi plecami. – Min podniósł pełen smutku wzrok na Kyuhyuna. – Jedynie pan mi wierzy. Bo wierzy pan, prawda?

- Tak, oczywiście. – uśmiechnął się szeroko Cho, po czym dodał tylko dla siebie słyszalnym szeptem – Skoro wiem, kto to robi, to dlaczego mam nie wierzyć?