sobota, 2 maja 2015

S.P.Y - Rozdział 8

Dziękuję, że czekaliście i przepraszam, że tak długo to trwało.
Witam także nowe czytelniczki :) Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną na dłużej i dacie znać, co myślicie o rozdziałach ^^

Rozdział z dedykacją dla Mirou. Wiesz, za co :)

Enjoy~

Ps Trzymajcie za mnie kciuki przez najbliższe trzy tygodnie ;--;

* * *



- Wcześnie pan wstał.
Jongwoon odwrócił się powoli od okna, zza którego obserwował powoli rozjaśniające się niebo. Palce bruneta zacisnęły się lekko na trzymanym w dłoniach kubku.
-Nie mógł pan zasnąć? – zapytał Zhou Mi.
- Jak widać – odparł chłodno Kim, przenosząc wzrok z twarzy Chińczyka na horyzont.
Wyższy z nich przestąpił z nogi na nogę, nie do końca wiedząc, co powinien powiedzieć lub zrobić.
- Czy… - przerwał ciszę Mi - …czy zrobiłem coś nie tak?
- Dlaczego? – Koreańczyk zmarszczył brwi, stając przodem do drugiego agenta.
- Od samego początku traktuje mnie pan z widocznym dystansem – wyjaśnił 014. – Zastanawiałem się, czy to może moja wina…
- Nie, pan w niczym nie zawinił – zaprzeczył Kim. – Po prostu…
Jongwoon zamilkł i zacisnął usta, sfrustrowany.
Tak naprawdę nie wiedział, dlaczego jest taki zimny wobec Chińczyka. Mężczyzna był bardzo serdeczną i pozytywną osobą, dobroć aż od niego biła, ale jednak…
- Chodzi o Kui Xiana, prawda?
Zaskoczony brunet spojrzał na Mimiego.
- Dlaczego?
- Nie jestem ślepy.
Zhou Mi z ciężkim westchnieniem opadł na stojącą pomiędzy nimi kanapę, gestem wskazując miejsce obok.
- Posłuchaj – rzekł wyższy, porzucając formalny język – znam Kui Xiana od dziecka. Można powiedzieć, że razem się wychowywaliśmy. Od podstawówki byliśmy nierozłączni. Studiowalibyśmy razem, gdybym po zakończeniu liceum nie musiał wracać do Chin. I mimo to cały czas byliśmy w kontakcie.
- Dlaczego mi to mówisz? – chciał wiedzieć 004.
- Znam go na wylot…
- Do czego zmierzasz? – zirytował się Kim.
Mi bardzo powoli pochylił się, i wbijając w Jongwoona pełen powagi wzrok, powiedział wolno:
- Chcę się dowiedzieć, co doprowadziło mojego najlepszego przyjaciela na skraj załamania nerwowego.
- Załamania nerwowego? – prychnął brunet. – Chyba nie jest z nim aż źle, skoro przez większość dnia jest w stanie warczeć na mnie albo grozić mi bronią.
- Trzy lata wystarczyły, żebyś zapomniał, jak ten chłopak reaguje na zranienie? Naprawdę zapomniałeś? – Jongwoon milczał. – Pozwól więc, że ci przypomnę. Kiedy ktoś go skrzywdzi, Kyuhyun zachowuje się jak osaczone, dzikie zwierzę, które bez namysłu rzuca się z pazurami na wszystkich dokoła!
Kim wbił wzrok w swoje dłonie, nie będąc w stanie spojrzeć Chińczykowi w oczy. Wiedział, że długonogi mężczyzna miał rację i to sprawiało, że czuł się jeszcze gorzej.
- Nie chciałem go skrzywdzić – odezwał się w końcu.
- Ale to zrobiłeś.
- Wiem. Gdybym mógł cofnąć czas…
- Co byś zrobił?
- Zostawiłbym go wcześniej.
Zhou Mi uniósł brwi, zaskoczony. Nie takiej odpowiedzi się spodziewał.
- Dlaczego? Myślałem, że…
- I nie mylisz się – uciął Kim. – Jeśli o mnie chodzi, nic się nie zmieniło.
- Więc czemu tak nagle zniknąłeś? – zapytał Chińczyk, wbijając zatroskane spojrzenie w czarną czuprynę siedzącego obok mężczyzny.
- Jak wiele wiesz?
- Tyle, ile powiedział mi Kui Xian – odparł Mi. – Jednego dnia wszystko było w porządku, a następnego większość twoich rzeczy zniknęła, a ty razem z nimi.
Jongwoon wyjrzał przez okno. Jasna tarcza słońca właśnie wschodziła ponad widnokręgiem, rozświetlając panujący wszem i wobec półmrok. Wszystko stawało się lepiej widoczne, a przez to jakby prostsze. Niestety nie dla każdego.
- Chciałbym mu wyjaśnić, dlaczego wtedy odszedłem – rzekł Kim z niemal namacalnym bólem w głosie. – Chciałbym przeprosić i powiedzieć, że nawet po tej rozłące dalej kocham go jak wariat. Ale on mnie nie chce słuchać…
- Jeśli mu nie wyjaśnisz, dlaczego to zrobiłeś – szepnął Zhou Mi – to nawet „kocham cię” nie pomoże.
- Wiem.
- To mu powiedz. Mnie nie musisz, ale jemu jesteś to winien.
- Nie mogę. Jeszcze nie teraz.

* * *

- Masz wszystko? – spytał Chińczyk, idąc obok ciągnącego walizkę w stronę wyjścia przyjaciela.
- Przecież się nie rozpakowywałem, Mi.  – odparł Kyuhyun, zerkając na wyższego z rozbawieniem.
Jongwoon szedł parę metrów za nimi, przysłuchując się ich rozmowie, ale nie biorąc w niej udziału. Po rozmowie z Zhou Mim postanowił się nie wychylać. Na razie. Kiedyś będzie musiał szczerze porozmawiać z Kyu i zdawał sobie z tego sprawę, jednak na samą myśl o tej konwersacji oblewał go zimny pot. Uznał, że najlepszą decyzją, jaką może teraz podjąć, będzie odwlekanie nieuchronnego i jednoczesne przyzwyczajanie Cho do swojej obecności. Chińczyk miał rację – jego nagły powrót zbił młodszego z tropu, a przymus wspólnej misji przycisnął go do ściany i przyłożył nóż do gardła. Chłopak bez wątpienia czuł się zdezorientowany, zagubiony i, co nie pozostawiało najmniejszych wątpliwości, wściekły. Kim nie powinien go winić za jego zachowanie, w końcu młody agent bronił się jak mógł, zareagował instynktownie na nagłą zmianę sytuacji. 004 nie złościł się na niego, było mu jedynie przykro, że Kyu nie chce nawet wysłuchać tego, co ma mu do powiedzenia.
Brunet zmarszczył brwi, z widoczną niechęcią obserwując, jak Mi zamyka Kyuhyuna w przyjacielskim uścisku. To nie tak, że był zazdrosny, on po prostu… Był cholernie zazdrosny. Wiedział, że mężczyźni są dla siebie niemalże jak bracia, jednak nie mógł powstrzymać rozlewającej się w jego sercu fali irytacji, gdy Chińczyk przytulił jego współpracownika. Jego partnera. Jego…
- Cieszę się, że mogliśmy się spotkać. – Zhou Mi wyciągnął w stronę niższego dłoń w geście pożegnania. – Szkoda tylko, że w takich okolicznościach – dodał nieco ciszej.
- Informujcie nas na bieżąco o postępach. I ciebie również miło było poznać.  – Jongwoon oddał uścisk i posłał w jego stronę słaby uśmiech.
Mi roześmiał się radośnie i odszedł w stronę posiadłości, dłonią niszcząc uprzednio fryzurę Kyuhyunowi.
- Co za imbecyl – mruknął pod nosem Cho.
- Ale go lubisz – rzucił lekko Kim, wyczuwając szansę na rozmowę bez ryzyka kłótni.
- Oczywiście, że tak. Mimiego nie da się nie lubić. Jest jak słońce w pochmurny dzień. – Wargi Kyu delikatnie się uniosły, nadając jego twarzy promienny wygląd.
Kyunnie, czy kiedyś uśmiechniesz się tak i do mnie?, pomyślał ze smutkiem Jongwoon, zatrzaskując drzwi bagażnika pożyczonego od Mimiego samochodu.
W drodze na lotnisko nie odezwali się do siebie ani słowem. Kyuhyun wyciągnął telefon i do reszty przepadł, grając w jakąś grę, a 004 postanowił milczeć i nie psuć mu nastroju. Obserwował go tylko ukradkiem, mimowolnie przypominając sobie te wszystkie dnie i noce, które spędzili w niemal identycznej sytuacji zarówno na uczelni, jak i w akademiku. Doskonale pamiętał, że potrafił siedzieć obok niego całymi godzinami, w ciszy obserwując jak gra. Oczywiście, przebiegowi samej gry poświęcał najmniej uwagi, ale tak czy inaczej, nie uważał tego czasu za stracony.
Jongwoon zaśmiał się w duchu. Masz się za bardzo spostrzegawczą osobę, Kyunnie, ale byłeś wtedy naprawdę ślepy…

~5 lat wcześniej~

Kim Jongwoon był osobą, od której większość populacji trzymała się z daleka. To nie tak, że był złą osobą. Nigdy nie przejechał nikomu kota, nie potraktował bagnetem psa, a i gołębie mogły czuć się bezpieczne, gdy wychodził na dwór z bronią w ręku. Przemoc stosował jedynie w obronie własnej. Śmiało można było powiedzieć, że to pacyfista – nie aż taki, jak Ryeowook, ale w dalszym ciągu pacyfista. To z kolei skłaniało ludzi do zadawania mu pytania, co takiego sprawiło, że postanowił stać się częścią wywiadu. Przecież agenci wielokrotnie musieli podejmować decyzje o obezwładnieniu kogoś, kto nawet nie zdążył zarejestrować ich obecności bądź o wysadzeniu czegoś w powietrze…
Jongwoon nienawidził nieuzasadnionej przemocy z całego serca. Brzydził się ludźmi, którzy dla własnej przyjemności sprawiają komuś ból lub są do tego stopnia uzależnieni od wszelkich używek, że przestają nad sobą panować i wyładowują swą frustrację na niewinnych ofiarach.
Mężczyzna był przekonany, że każdy człowiek powinien, w miarę swoich możliwości, bronić słabszych od siebie przed każdą formą przemocy. Dlatego po odebraniu dyplomu ukończenia szkoły średniej złożył aplikację do akademii policyjnej.
Nie spędził tam wiele czasu. Szybko okazało się, że Kim ani trochę nie nadaje się na policjanta. Zbyt się wyróżniał, wyłamywał z szeregu i, przede wszystkim, uważał regulamin za stek bzdur. Wytrzymał tam jedynie dwa semestry, choć w rzeczywistości to wykładowcy nie mogli go dłużej znieść. Mimo to czas spędzony w szkole policyjnej nie poszedł na marne.
Jeden z profesorów zaproponował mu zmianę kierunku. Zapytany, gdzie mógłby się sprawdzić, odparł, że widziałby go jako szpiega. Jongwoon przyznał, że przemknęło mu to kiedyś przez myśl. Wielokrotnie słyszał, że porusza się jak duch, bezszelestnie i szybko, co niewątpliwie było zaletą tajnego agenta.
Ostateczną decyzję podjął po rozmowie ze swym najlepszym przyjacielem. Ryeowook właśnie kończył liceum i któregoś wieczora oznajmił mu, że zamierza pracować w wywiadzie jako osoba odpowiedzialna za komunikację. Bardzo się ucieszył na wieść o przenosinach swego hyunga. Zawsze był odrobinę nieśmiały, a mając u boku kogoś, kogo mógłby określić mianem starszego brata, było mu łatwiej przystosować się do nowego środowiska.
Studenci czuli się w obecności Jongwoona… dziwnie. Roztaczał wokół siebie specyficzną aurę. Ludzie byli go ciekawi, chcieli podejść i porozmawiać, ale obawiali się jego reakcji. Będzie miły czy chamski? Jest dobrą osobą czy sadystą? Nie potrafili zrozumieć, jak Ryeowook, który z miejsca skradł wszystkim serca swym uroczym uśmiechem, może czuć się tak swobodnie w towarzystwie takiego indywidualisty.
Ostatecznie wszyscy uznali, że Kim Jongwoon nie stanowi zagrożenia. Studenci przywykli do jego niecodziennego sposobu bycia, który w dalszym ciągu niektórych przerażał, ale wiedzieli, że w razie kłopotów mogą zwrócić się do niego o pomoc.
Ryeowook cieszył się, że jego przyjaciel jest zadowolony z życia. Jedyne, co go martwiło, to fakt, że nie nawiązał wielu przyjaźni. Tak naprawdę „przyjaźnił się” jedynie z nim. Co prawda, miał jeszcze paru kolegów, jednak reszta studentów nie znaczyła dla niego zbyt wiele. Nawet ci, z którymi się spotykał.
Nigdy nie przeszkadzała mu inna orientacja hyunga. Dlaczego miałaby? Miłość to miłość. Bał się tylko, że Jongwoon nie był w stanie tak naprawdę się zakochać. Wszystkie jego poprzednie związki, których nie było wiele, przeradzały się jedynie w przelotne romanse. Nigdy nikomu nie powiedział „kocham cię” i Wookie wielokrotnie modlił się, by kiedyś trafił na osobę, która stopi lód w jego sercu. Z każdym kolejnym dniem tracił nadzieję.
I wtedy pojawił się Kyuhyun.
Już od samego początku przykuł uwagę Jongwoona. Zaciekawił go. Zdawał się być inny niż wszyscy dookoła. Na początku chciał się z nim tylko zaprzyjaźnić, poznać go, dowiedzieć się czegoś więcej, co lubi, a czego nienawidzi, jakie ma nawyki, czego się boi…
Ryeo był zachwycony. Po Jongwoonie na pierwszy rzut oka widać było fascynację chłopakiem. Zawsze, gdy Cho pojawiał się w polu widzenia, starszy Kim nie mógł przestać wodzić za nim wzrokiem. Sam z siebie podchodził do niego, chcąc wymienić parę zdań bądź po prostu go zobaczyć. Ryeowook też bardzo go polubił, dlatego postanowił przystopować przyjaciela, gdy Kyuhyun zaczął narzekać na swojego osobistego stalkera. Nie zamierzał pozwolić przyjacielowi zaprzepaścić takiej szansy. Uważał, że Kyu byłby dla niego idealny. Twardo stąpający po ziemi, stanowczy, nieco wredny, ale i wierny i kochający – właśnie tego w partnerze potrzebował najstarszy.
Wook upewnił się, że jego hyung się zakochał, gdy zobaczył obu przyjaciół siedzących na ławce przed uczelnią. Kyuhyun był pogrążony w nowej grze na PSP, którą kupił mu siedzący obok Kim. Studenci nie odzywali się do siebie ani słowem – Kyu grał, a Jongwoon dotrzymywał mu towarzystwa… którego młodszy zdawał się w ogóle nie zauważać.
- Co robicie? – spytał Ryeowook.
- Kyunnie gra, ja się wygrzewam na słoneczku – odparł czarnowłosy.
- Ale ty się nigdy nie opalasz…
- Czasem trzeba, to podobno zdrowe dla cery. Siadaj. – Najstarszy poklepał miejsce obok siebie.
Ryeo usiadł, a Jongwoon znów skierował swój wzrok na najmłodszego z całej trójki.
- Kyuh…
- To nic nie da – przerwał mu ze śmiechem brunet. – Nie usłyszy cię. Całkiem odpłynął. Musiałbyś mu zabrać PSP, żeby zwrócił na ciebie uwagę.
Wookie przez moment lustrował hyunga wzrokiem.
- Hyung, ty…
- Hm?
- Ty i Kyuhyun… - szepnął mu do ucha. – Wyglądasz, jakbyś go…
- Kochał? – odgadł Jongwoon, uśmiechając się delikatnie. – Aż tak to widać?
Ryeo pokiwał energicznie głową.
- Powiedziałeś mu?
- Nie, no co ty. Niby jak mam to zrobić? – zakpił. – „Ja, Kim Jongwoon, jestem po uszy zakochany w tobie, Cho Kyuhyunie”?
- Hyung… - Ryeowook zerknął na Kyu, zaniepokojony, że ten mógł dowiedzieć się o uczuciach swego przyjaciela w tak niedelikatny sposób.
- Jak ty to sobie wyobrażasz? – kontynuował. - Przecież to Kyuhyun. Wyśmiałby mnie i kazał spadać na drzewo – oznajmił, a widząc wystraszone spojrzenie Wookiego, westchnął. – Nie usłyszy, spokojnie.
Na moment zapadła cisza. Najstarszy student ponownie zajął się obserwowaniem Cho rozmarzonym wzrokiem, natomiast Ryeowook wodził oczyma od jednego do drugiego, nie mogąc się nadziwić zaistniałej sytuacji. Przecież…
- To pierwszy raz – szepnął młodszy Kim. – Pierwszy raz, gdy ty…
- Wiem. To zabawne, prawda? – Jongwoon uśmiechnął się smutno.
- Powiedz mu. Nie marnuj takiej szansy, proszę cię…
Najstarszy objął Wookiego, wzruszony troską, jaką otaczał go jego przyjaciel. Brązowowłosy tak bardzo chciał, by w końcu zaznał trochę szczęścia. To wiele dla niego znaczyło.
Nagle roześmiał się głośno.
- Co? – zmieszał się Ryeo.
- No popatrz na niego. Ja powiedziałem na głos, że go kocham… teraz drugi raz!... a ten sobie siedzi i gra! – Jongwoon nie mógł przestać się śmiać.
Po chwili Ryeowook też się uśmiechnął. Dobrze było widzieć szczerze śmiejącego się „brata”.

~*~

Kazano im czekać w hotelowej restauracji. Sala była na dobrą sprawę pusta. Za barem stał jakiś mężczyzna, zajmując się wycieraniem zakurzonych kieliszków. Kelnerka, nie mając nic innego do roboty, odkurzała i tak już czyste stoliki, grzebiąc jednocześnie w swoim nowiutkim smartfonie. On i Kyuhyun byli jedynymi klientami. Zerknął na młodszego kątem oka. Cho patrzył prosto przed siebie, pogrążony we własnych myślach. Jongwoon westchnął w duchu. Ostatnie słowa zamienili ze sobą w Chinach. Tęsknił za jego głosem, za patrzeniem mu w oczy, za dotykiem jego ust, ciała…
Tęsknił za Kyuhyunem.
Nie wątpił, że niełatwo będzie z powrotem wkupić się w jego łaski, ale nie zamierzał się poddawać. Nie po to ubłagał Jungsu o przydzielenie mu 013 na partnera, wcześniej kłócąc się z nim o to przez przeszło miesiąc. Pluł sobie w brodę, że dał się ponieść emocjom przy pierwszym spotkaniu z Cho, ale minęły trzy lata i musiał go zobaczyć… Nie, to żadna wymówka. Powinien był zachować się zupełnie inaczej, przecież wiedział, że młodszy będzie wściekły…
Drzwi do sali otworzyły się i obaj podnieśli głowy.
- Ryeowook hyung! – Kyu podszedł do przyjaciela z uśmiechem na twarzy. – Co ty robisz w Singapurze?
- Pracuję, a co mam robić? – Wook objął Kyuhyuna. – A gdzie twój partner?
Cho skrzywił się i skinął głową w stronę podnoszącego się z miejsca Jongwoona. Ryeowook spojrzał na niego zaskoczony, po czym uśmiechnął się szeroko i krzyknął:
- Hyung! Wróciłeś! – agent rzucił się przyjacielowi w ramiona, mocno go ściskając.
- Miło cię widzieć, Wookie. – 004 odwzajemnił uścisk. Za nim też się stęsknił.
Jongwoon otworzył oczy i popatrzył na Kyuhyuna, wpatrującego się w nich z niemałym szokiem wymalowanym na twarzy.

czwartek, 26 lutego 2015

S.P.Y - Rozdział 7

Annyeonghaseyo~!

Przepraszam za tak długą przerwę, ale musiałam się ogarnąć i dać sobie odpocząć.
Chcę także podziękować za te wszystkie wyświetlenia podczas mojej nieobecności,
to dla mnie wiele znaczy, że ktoś wraca do mojej radosnej twórczości :)
Mimo wszystko w mojej głowie dalej panuje niezły bałagan, więc
byłabym wdzięczna za Wasze wsparcie. Dodałam opcję "opinii" pod notkami,
więc jeśli nie jesteście w stanie napisać mi kilku słów, czy rozdział się spodobał,
 to chociaż dajcie o sobie znać, klikając w jedno z tych okienek ^^
Na chwilę obecną nie jestem w stanie obiecać regularnych publikacji,
sporo zależy od Was :)

Rozdział z dedykacją dla Kyu, Mirou i Kimiiko, które ostatnimi czasy
regularnie mnie wspierają i dodają otuchy <3

Zapraszam~

~* * *~



 


Samotny promień wschodzącego słońca przedarł się przez szczelinę między zasłonami i zatańczył na twarzy młodego mężczyzny, wyrywając go z ramion Morfeusza. Kyuhyun zacisnął powieki i przewrócił się na drugi bok, uciekając przed światłem. Nie chciał wstawać. Pragnął zakopać się w ciepłej pościeli, owinąć nią całe ciało i znów zasnąć. Zanurzyć się w marzeniach sennych i zapomnieć gdzie jest, dlaczego, i – przede wszystkim – z kim.


Młody agent westchnął ciężko, chowając twarz w poduszce. Nie spodziewał się, że utrzymanie nerwów na wodzy będzie takie trudne. Poprzedniego dnia przynajmniej kilka razy złapał się na myśli, że chętnie rozkwasiłby twarz starszego szpiega na chodniku. Tak, był zły. Ogarniała go wściekłość, gdy Jongwoon choćby na niego spojrzał, a już szczególnie, gdy próbował z nim rozmawiać. Kyuhyun był dumny ze swojej samokontroli, pozwalającej mu grać chłodnego i zdystansowanego dupka. Uśmiech wpłynął na jego usta, kiedy przypomniał sobie, jak bezosobowo potraktował wczoraj Kima w kawiarni.


Na dobrą sprawę mógłbym być taki cały czas, pomyślał, siadając na łóżku. Mógłbym zachowywać się jak zimny drań. Może wtedy dałby sobie spokój?


Szatyn odrzucił kołdrę na bok i opuścił przytulny azyl, jakim na kilka godzin stało się dla niego hotelowe łóżko. Przeciągnął się, stękając cicho. Wolnym krokiem podszedł do okna i rozsunął nieco kotary, zamierzając rzucić okiem na to, co działo się na zewnątrz. Widok rozpościerający się za taflą przezroczystego szkła do złudzenia przypominał mu Seul. Wyprzedzające się na ulicach samochody, dźwięk brutalnie wciskanego klaksonu, rosnący tłum spieszących gdzieś ludzi na chodnikach. Kyu uśmiechnął się delikatnie. Polubił to miasto. Szkoda tylko, że jeszcze dziś musiał je opuścić.


Wyciągając z walizki czyste ubrania, które po chwili na siebie włożył, Kyuhyun przypomniał sobie, dokąd mają się teraz udać. Na tę myśl rozweselił się jeszcze bardziej.


Pekin.


Agent wyniósł swój bagaż z pokoju i zszedł do recepcji, gdzie oddał klucz i poprosił o zamówienie taksówki, którą zupełnie jak dzień wcześniej dostał się na lotnisko.






~ 6 lat wcześniej ~






Kim Jongwoon nie był zbyt postawnym mężczyzną. Był bardziej drobny i smukły niż napakowany. Zazwyczaj nosił się oryginalnie, ale elegancko i ze smakiem. Miał swój charakterystyczny, nieco mroczny styl, dzięki któremu bardzo szybko stał się rozpoznawalny wśród studenckiej społeczności. Do tego dochodził jeszcze jego nietuzinkowy charakter. Wielu studentów twierdziło, że wystarczy jedno spojrzenie Jongwoona, by oblał ich zimny pot, inni z przekonaniem rozpowiadali, jakoby dostrzegli ciągnącą się za Kimem mroczną aurę. Uczniowie się go nie bali, czuli jedynie swego rodzaju respekt przed niewielkim chłopakiem z wielką głową, noszącego niekiedy ciemne okulary, które według Kyuhyuna wyglądały potwornie kiczowato. Kim Jongwoon był szanowanym studentem seulskiego uniwersytetu, wzbudzającym powszechną ciekawość, jednak to nie zmieniało faktu, że stojąc naprzeciw ponad dwumetrowego, umięśnionego chłopaka, sprawiał wrażenie malutkiej, słabiutkiej istotki, którą przy pomocy jednego palca można złamać w pół.


– Stawiam dziesięć tysięcy won, że Kim wygra – wyszeptał Kyuhyun, nachylając się do ucha siedzącego obok przyjaciela.


- Hyung może mieć jakieś szanse… chyba – odrzekł Ryeowook, chcąc uwierzyć we własne słowa.


- Nie hyung… Mówiłem o tym drugim Kimie. – Skinął głową w stronę ludzkiej kupy mięsa, obecnie rozciągającej mięśnie ramion. – Jongwoon wyląduje w szpitalu.


Ryeo zmierzył krytycznym wzrokiem najlepszego przyjaciela i nagle odwrócił się twarzą do Kyuhyuna, zrozumiawszy sens jego słów.


- Yah! Nawet tak nie mów! – zbulwersował się, na co młodszy jedynie wzruszył ramionami.


- To tylko obiektywna ocena sytuacji, hyung. To…


- Kim, Cho, przestańcie gadać!


- Tak jest! – studenci wymienili porozumiewawcze spojrzenia i przenieśli wzrok na wykładowcę.
Nauczyciel przyłożył palec do ust, patrząc na dwójkę wymownie, po czym skupił swoją uwagę na parze stojącej na ringu. Studenci właśnie skończyli się rozgrzewać i czekali na znak. Mężczyzna zlustrował obydwu wzrokiem, w duchu zmuszając się, by zachować otwarty umysł i nie spodziewać się przegranej mniejszego chłopaka, choć wszystko na to wskazywało. Wykładowca westchnął cicho i podszedł bliżej.


- Proszę was, byście potraktowali te ćwiczenia poważnie. Ale też bez przesady – tu trener zerknął na ponad dwumetrowego ucznia z przestrogą w oczach – nie mam zamiaru wzywać tu karetki.
- Będzie dobrze, panie profesorze – odparł z uśmiechem Jongwoon.


Trener otworzył usta, by coś powiedzieć, ale jedynie machnął ręką i cofnął się pod ścianę.


- Pamiętajcie: na poważnie, ale z umiarem.


Studenci spojrzeli sobie w oczy, próbując odgadnąć, jaki będzie pierwszy ruch przeciwnika. Drobniejszy Kim przekrzywił lekko głowę na bok, upodabniając się do zaciekawionego małego dziecka. Rywal zmrużył groźnie oczy.


- Przegra – szepnął Kyuhyun do Ryeowooka.


Gdy Jongwoon zerknął w stronę przyjaciół, w sali rozległ się przenikliwy dźwięk gwizdka. Chłopak upadł gwałtownie na ziemię, nie zdążywszy uniknąć silnego ciosu w szczękę. Potrząsnął głową, pozbywając się latających mu przed oczyma gwiazdek. Silnym kopniakiem podciął przeciwnika, który z okrzykiem zaskoczenia wylądował na posadzce. Korzystając z okazji, Jongwoon wstał, rozcierając sobie bolącą żuchwę. Przyjął odpowiednią pozycję – ugiął nogi w kolanach i osłonił twarz zwiniętymi w pięści dłońmi. Tym razem żaden cios już go nie zaskoczy.


Mięśniak podniósł się i wyprowadził silny cios w ramię przeciwnika, powalając go na ziemię. Mniejszy student przeturlał się między nogami rywala za jego plecy. Podniósł stopę, chcąc uderzyć chłopaka w strategiczne miejsce, lecz w ostatniej chwili zrezygnował, słysząc ostrzegawczy krzyk nauczyciela. Zamiast tego uderzył go mocno w kolana i gdy przeciwnik upadł, podniósł się szybko i pochylił, chcąc założyć mu dźwignię. Rywal uderzył go z pięści w brzuch i Jongwoon zatoczył się do tyłu, zamroczony, z dłońmi na bolącym miejscu. Dwumetrowy student uśmiechnął się i pewien triumfu powoli zbliżył się do niższego chłopaka, by zadać ostateczny cios. Szczuplejszy wyprostował gwałtownie nogę, w zemście nokautując przeciwnika ciosem prosto w żołądek. Obserwujący pojedynek studenci skrzywili się, widząc grymas bólu na twarzy swego faworyta.


Umięśniony mężczyzna rzucił mordercze spojrzenie emanującemu spokojem rywalowi. Z dzikim rykiem rzucił się w jego stronę, gotowy zmiażdżyć mniejszego chłopaka. Jongwoon w ostatniej chwili odskoczył na bok i, chwyciwszy go mocno, przerzucił sobie przez ramię.


- Bardzo dobrze, Jongwoon! – krzyknął trener, widząc jak wątły chłopak zakłada pokonanemu dźwignię – Możesz go puścić. Właśnie w ten sposób – nauczyciel odwrócił się do reszty uczniów - można wykorzystać siłę i temperament przeciwnika na swoją korzyść. To, że jesteście mniejsi lub słabsi od napastnika nie znaczy, że jesteście z góry skazani na porażkę.


Zwycięzca podszedł spokojnym krokiem do swych milczących przyjaciół. Przyjąwszy od Ryeowooka ręcznik, wytarł nim spoconą twarz, po czym rzekł:


- Wisisz mi dziesięć tysięcy won, Wookie. – starszy Kim przeniósł wzrok na oniemiałego Kyuhyuna i spoglądając mu głęboko w oczy, dodał – A ty podwójnie, Kyunnie.






* * *






Kyuhyun chwycił rączkę swojej walizki, przeczesał włosy palcami, obdarzył szerokim uśmiechem znajomą mu pracownicę ochrony i ostentacyjnie zignorował partnera, mijając go w drodze do wyjścia. Zaśmiał się cicho pod nosem, gdy kątem oka dostrzegł minę Kima. Wymalowany na jego facjacie szok był dla Kyu bardziej wartościowy od worka najcenniejszych kryształów świata. Cudownie!


Cho zerknął w szybę mijanego sklepu by sprawdzić, czy starszy za nim idzie. Szedł.


Co za kretyn.


Młodszy agent wyciągnął komórkę i w ekspresowym tempie wystukał wiadomość:


Tamta czerwona Toyota pasuje do koloru twojej koszuli. Może sobie taką kupisz i zejdziesz mi z oczu?


004 zatrzymał się gwałtownie, najwyraźniej próbując przetworzyć czytane słowa. Kyu westchnął i pociągnął walizkę do wyjścia z lotniska.


- I ty niby masz dłuższy staż ode mnie – prychnął, usiłując odszukać w swoim smartfonie dawno nieużywany kontakt. – No dalej, odb… Yah, przyjacielu! Cześć! Jak tam twoja żona? Gotowa do porodu?


- Jak nigdy wcześniej! – zachichotał jego rozmówca. – Ubrała nawet tę swoją ulubioną czarną sukienkę, żeby dobrze wyglądać w szpitalu. Wiesz, tę z nadrukiem konia na piersiach.


- Jak zawsze elegancka. Ktoś z nią jest?


- Ja jestem! Miałbym zostawić swoją lubą samą? – Po chwili ciszy dodał – a jak tam twoja małżonka?


- Wkurwiająca przylepa, która nie chce dać mi rozwodu. – Stanął przed budynkiem lotniska i rozejrzał się wokoło. Natychmiast dostrzegł czarne Porsche zaparkowane po drugiej stronie ulicy. Obrócił się delikatnie za siebie, jakby podziwiając okolicę i ruszył w stronę podstawionego mu auta tuż po tym, jak upewnił się, że Jongwoon wsiadł do swojej Toyoty. – Nie chcę o niej rozmawiać.


Kyuhyun pozostawił swój bagaż kierowcy i wsiadł na tylne siedzenie, gdzie natychmiast został schwytany w długie, smukłe ramiona.


- Kui Xian! Tęskniłem!


013 oddał uścisk, po czym odsunął się od przyjaciela, na którego twarz wpłynął chyba najszerszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widział.


- Ja za tobą też, Mimi. Fajna ta twoja „żona”. Nie obrazisz się, jak ją sobie trochę pomacam? – zażartował, przeciągając dłonią po skórze na fotelu.


- A macaj, ile chcesz! Mogę ci nawet podobną załatwić na urodziny, jeśli chcesz. Podobno ma wiele sióstr – odparł Chińczyk.


Kyuhyun roześmiał się i z lekkim westchnieniem opadł na oparcie, przymykając jednocześnie oczy.


- Zmęczony?


- Trochę – odpowiedział, nie uchylając powiek.


- Twój ukochany aż tak daje ci w kość?


- On nie jest moim ukochanym – warknął Koreańczyk.


- Skoro tak uważasz…


Cho podniósł się gwałtownie i przekręcił na siedzeniu tak, by móc swobodnie spoglądać na starszego przyjaciela.


- Ile razy mam ci to powtarzać, Mi? – powiedział niskim głosem 013 – Nic. Nie. Czuję. Do. Tego. Debila. – wycedził.


Chińczyk westchnął i spojrzał na niego z politowaniem.


- To dlaczego tak się wściekasz?


- Przecież wiesz!


- Kiedyś mówiłeś coś zupełnie innego – przypomniał Zhou Mi.


- Kiedyś go nie było. – Kyu wyjrzał za okno, obserwując mknące obok auta. – I tak powinno zostać.
Starszy mężczyzna już nic nie powiedział, uznając to za bezcelowe. Kyuhyun był zły – delikatnie mówiąc – więc każda próba przekonania go, że tak naprawdę myśli inaczej, skończyłaby się fiaskiem. I awangardowym czerwonym odciskiem dłoni na jego policzku.


Kilkanaście minut później wjechali na podjazd sporych rozmiarów posiadłości. Maleńkie białe kamyczki chrzęściły pod butami przechadzającego się wzdłuż samochodu Koreańczyka.


Kyu rozglądał się na wszystkie strony, chcąc dostrzec jak najwięcej szczegółów wznoszącego się przed nim domu.


- Stary – zaczął, wielkimi oczyma spoglądając na przyjaciela – to twoja chata?


- Moja, moja. – Zhou Miego niezmiernie bawiła reakcja młodszego kolegi, zachowującego się jak małe dziecko, któremu z daleka pokazano Disneyland.


- O rzesz w mordę…


- Doprawdy, imponujący budynek, ale czy mógłbym zapytać, co tu robimy?


Mi odwrócił się powoli do nowoprzybyłego. Stanął przed nim niewysoki, szczupły brunet o przenikliwych brązowych oczach. Jego postawa kazała przypuszczać, że jest dość poważnym mężczyzną, z którym nie należy zadzierać. Biła od niego również specyficzna, mroczna aura, dzięki której Chińczyk zyskał pewność co do tożsamości niższego Koreańczyka – jednak Zhou Mi ani przez chwilę nie pomyślał, że ów człowiek stanowi jakiekolwiek zagrożenie dla niego lub jego podwładnych. Nie, kiedy widział spojrzenia rzucane w stronę swego przyjaciela.


Najwyższy uśmiechnął się szeroko i wyciągając dłoń w stronę Kima, rzekł:


- Mam na imię Zhou Mi, kryptonim 014.


Jongwoon zlustrował podawaną rękę spojrzeniem, lecz jej nie dotknął.


- Agent 004 – odparł sucho. – Podawanie panu ręki, w widocznym dla wszystkich miejscu nie wydaje mi się rozsądnym posunięciem.


- Ty gnoju, to jest… - zaczął Kyuhyun, ale Mi uciszył go, zakrywając mu usta dłonią, a drugą ręką obejmując w pasie. Kim zmarszczył brwi.


- Zapewniam, że to miejsce jest całkowicie bezpieczne – powiedział wesoło Chińczyk. – Zapraszam do środka.


004 z nieukrywaną dezaprobatą przyglądał się nowopoznanemu agentowi, który bezceremonialnie ciągnął jego partnera w stronę drzwi. W końcu postanowił się odezwać.


- Sądzę, że Kyuhyun potrafi samodzielnie chodzić również tutaj, agencie 014.


Mi zatrzymał się i posłusznie puścił przyjaciela, który natychmiast naskoczył na swego współpracownika.


- Jungsu hyung nie nauczył cię podstaw grzeczności, Kim? – prychnął najmłodszy szpieg. – Co kraj to obyczaj, więc jak ten człowiek będzie chciał mnie gdzieś zawlec wbrew mojej woli, to to zrobi, a tobie nic do tego!


- Czy ty właśnie zaproponowałeś bycie moim niewolnikiem? – zażartował Zhou Mi, na co Kyu odpowiedział szerokim uśmiechem, który jeszcze bardziej rozdrażnił Jongwoona.


- Tylko, jeśli zaoferujesz w zamian coś fajnego.


Gdy przekraczali próg posiadłości, Mi śmiał się do rozpuku, bez skrępowania pozwalając łzom rozbawienia płynąć po jego policzkach.


- Brakowało mi ciebie, Kui Xian – przyznał, przyjmując od przyjaciela chusteczkę.


- Też tęskniłem, Mimi. – Kyuhyun siłą woli powstrzymał się od obrzucenia Kima nienawistnym spojrzeniem, mówiącym „A za tobą nie!”, jednak uznał, że byłoby to co najmniej dziecinne.


Zhou Mi poprowadził swych gości do kuchni, oferując im poczęstunek, na co obaj chętnie przystali. Gdy skończyli jeść i 014 podał im kawę, pokrótce streścili mu cel swej wizyty w Pekinie.


- Czyli mówicie, że informacje są niekompletne, a ich brakującą część znajdziecie tutaj? – dwaj agenci zgodnie pokiwali głowami. – Niestety, mylicie się, panowie.


- Jak to? – wypalił Jongwoon, pochylając się nad blatem. – Według tego, co znaleźliśmy przy byłym agencie w Busan, brakujące dane powinny znajdować się…


- Nie w Pekinie. – wtrącił Mi, odkładając ostrożnie filiżankę na podstawkę. – Przykro mi wam to mówić i przepraszam, że nikt nie poinformował was wcześniej, ale tych plików nie ma w Chinach.


- Skąd o tym wiesz? – dopytywał Kyuhyun.


- Pan Park parę dni temu przesłał nam wszystkie niezbędne informacje, chcąc zaoszczędzić waszego czasu. Uznał, że skoro wy jedziecie do Busan po pierwszą część układanki, my możemy zająć się kolejną, żebyście szybciej mogli ruszyć dalej.


Cho spuścił na moment wzrok na własne ręce. Jeszcze będąc w Seulu wiedział, że misja jest poważna i będą musieli sporo podróżować, by ją wypełnić, jednak dopiero słowa starego przyjaciela uświadomiły mu, że nieprędko wróci do domu.


- Skoro nie ma ich tutaj, to gdzie? – chciał wiedzieć 004. – Udało wam się to odkryć?


Zhou Mi pokiwał głową.


- Gdzie?


- W Singapurze.


- W Singa… Chryste, nadłożyliśmy tyle drogi na darmo… - jęknął 013.


- Zarezerwuję wam bilety lotnicze, a tymczasem odpoczniecie trochę tutaj – oznajmił Chińczyk.


- Mogę wziąć prysznic? – spytał szybko Kyuhyun, a gdy uzyskał zgodę, ruszył we wskazanym kierunku.


Potrzebował chwili samotności.